Kategorie
Wpisy tekstowe

Nominacja od Julitki. Dziesięć rzeczy, bez których nie mogę się obejść.

Dzień dobry 😛

Przychodzę dzisiaj z wpisem dotyczącym jednej z dwóch nominacji zadanych mi przez Julitkę. Nie będę ukrywać, że nigdy nie lubiłam odrabiać zadań domowych, jeśli mi jakieś nie leżały to szczególnie i nawet nie siliłam się, żeby zadać sobie chociaż trochę trudu i polecieć po najniższej linii oporu. Miałam to szczęście, że jakoś zawsze się wymykałam spod nauczycielskiego bata i nigdy, przynajmniej z tego co pamiętam, nie wylało się, że zadanie zostało nie odrobione. Tak więc z tego miejsca dziękuję opatrznemu losowi i podziwiam tych, którzy cierpliwie, sumiennie odrabiali to, nad czym mnie się nie chciało nawet przysiąść. Inaczej rzecz się miała, kiedy jakieś zadanie mnie zaabsorbowało, sprawiło, że chciało mi się nad tym przysiąść, wykrzesać z siebie sporo energii i kreatywności 😛 myślę, że to wiadoma sprawa, że w powyżej napisanym tekście nie jestem jedyna. Do czego zmierzam, a no, dokładnie tak samo przekłada się to do obu tych nominacji 😀 obie są bardzo, bardzo fajne, ale free style to nie moja działka. W moim mózgu chyba nie istnieje coś takiego jak paplanie na zawołanie, jeszcze żeby to miało sens, jakikolwiek, tak jak winno być chyba w przypadku takiego free style. Co innego druga nominacja, tutaj wiele kombinacji nie trzeba.😃

Dziesięć rzeczy, bez których nie mogłabym się obejść? Odpowiedzi na to pytanie są trudne i łatwe za razem. Trudne dlatego, że nie umiem chyba sklasyfikować ich w piramidzie potrzeb, znaczy, co pierwsze, a co ostatnie, ale ok…Próbuję.

#1. Mój osobisty jasiek. Historia mojego jasieczka opiewa na lata sięgające mojego urodzenia. Waćpan jest ze mną od samego początku, został zakupiony przez moją mamę i od tamtej pory się nie rozstajemy. Jasiek z ptasim pierzem. Jedyne co było w nim zmieniane, to jakiś czas temu przesypane pióra do innej podusi, bo stara uległa już z racji wieku przetarciu w wielu miejscach. Sprawa z jaśkiem jest o tyle zaawansowana, że gdziekolwiek poza domem jestem, on musi być ze mną, ponieważ bez niego nie ma mowy o spaniu. Wszystkie inne jaśki ze sztucznym wypełnieniem będą mi za miękkie, za twarde, nie takie…Coś, jak księżniczka na ziarnku grochu ze mnie, 😀 dodatkowo, nie znoszę, kiedy ktokolwiek, oprócz mnie, kładzie na nim głowę. Nawet mój kochany narzeczony ma bezwzględny zakaz robienia tego i to wcale nie jest zbrodniczy akt braku miłości, czy chęci dzielenia się – co moje to i twoje. Po prostu każdy ma prawo mieć swoją świętość. Dla mnie jest to mój jasiek. Dwa razy w tygodniu dokładnie wytrzepywany, zmieniana poszeweczka, traktuję go po królewsku, jak członka rodziny.
#2. Krzesło do komputera. Posiadaczką takiego krzesła stałam się dopiero w roku 2019, bo dopiero w tym roku, mieszkając jeszcze w domu rodzinnym, stałam się również, po raz pierwszy w życiu posiadaczką swojego pokoju, więc mogłam kupić wreszcie obrotowe krzesło do komputera. Niekoniecznie zależało mi na wygodzie pracy przed komputerem, bo przecież to jeden z warunków, o ile nie główny warunek, który się powinno brać pod uwagę przy wyborze takiego krzesła. Odpowiednio wyprofilowane oparcie pod głowę, kark, podłokietniki, poduszka w trosce o lędźwie i taaakie tam…Wiecie. Trochę się tych krzeseł w sklepie naoglądałam i o nich nasłuchałam, ale postawiłam na całkiem zwyczajny, ale z miękkim siedziskiem, ponieważ moja potrzeba dotycząca tego krzesła była zgoła inna. Niezdrowa, nienormalna i nie wiem jaka, ale, co mi tam. Ja uwielbiam się na nim, najzwyczajniej w życiu, kręcić w kółko. Ot, kaprys jednego z blindyzmów, których już wiele nie mam, tak myślę. Nie wiem, dlaczego to uwielbiam, być może to zastępstwo odpowiednio dużej dawki aktywności fizycznej, której bardzo pragnę w większej ilości, niż zazwyczaj mogę sobie ofiarować. Kręcenie się w kółko na moim ukochanym fotelu mnie uspokaja, towarzyszy mi we wszelakich rozmowach, przy słuchaniu muzyki, pomaga skupić się kiedy muszę rozwiązać jakiś problem. Gdybym mogła mieć w domu huśtawkę, pewnie fotel nie byłby mi już tak niezbędny, o ile w ogóle.
#3. Kawa. Kawuszka, zawsze, musi, być! Gdziekolwiek jestem, nie wyobrażam sobie, żeby nie zacząć dnia od kawy. Nie jestem w tym sama na świecie, więc to nic nienormalnego, ani unikatowego. Niekoniecznie piję ją po to, żeby mnie rozbudziła, bo to akurat bardzo rzadko potrzebna rzecz, piję kawę, bo uwielbiam jej smak. Uwielbiam, gdy jest wręcz wrząca i parzy mnie przyjemnie w język. Wspaniałe uczucie, kiedy roztacza swoje ciepło po przełyku, gardle, wnętrznościach. Kocham zapach kawy, kocham smak kawy. To wszystko w połączeniu kojarzy mi się zawsze z czymś dobrym, z bezpieczeństwem, z czymś co zapamiętałam chyba z dzieciństwa jako coś dobrego. Nie pamiętam momentu, w którym zaczęłam tak bardzo lubić kawę, ale bardzo się cieszę, że tak się stało. Kawę lubię w każdej postaci. W naszym domu piję ją tylko z ekspresu, ale jeśli jestem gdzieś, gdzie mają tylko sypaną, rozpuszczalną czy inną, wypiję każdą. Co ciekawe, słodkości o smaku kawowym już mi nie podchodzą i kosmetyki też nie.
#4. Elektroniczny papieros. Rzecz bardzo niezdrowa, bardzo uzależniająca, a jednak. Malutki, elektroniczny wiesio, to się sprawdziło, co do rączki, to do buzi.😂😂😂😂😂 chociaż uważam, że u mnie uzależnienie chyba jeszcze nie jest w stopniu mega zaawansowania, mimo ponad dwóch lat styczności z nikotyną. Dwa lata, dopiero, albo aż 😀 ale działa to mniej więcej tak, że po kawusi obowiązkowo dymek, po całodziennym sprzątanku dymek, czasem po jedzeniu dymek i przed spaniem dymek. Dymek w rozumieniu moim…No…Około trzy, cztery buszki. 😛 póki jest, działa, nie brakuje olejku, potrafię nie palić nawet cały dzień, dopiero wieczorem wyjdę na balkon, ale jak coś by się z nim stało, to automatycznie działa to na moją świadomość, czy tam…Podświadomość i atakują mnie objawy dla typowego zespołu odstawiennego charakterystycznego dla palaczy.
#5. Słuchawki i klawiatura na bluetooth. Nie znoszę kabli, dlatego współpracuję z nimi jak muszę, czyli od czasu do czasu z applowskimi słuchawkami na kabelku, bo te małe słuchaweczki na bluetooth, w dodatku dokanałowe do mnie nie przemawiają. Chyba nie jestem stworzona do słuchawek dokanałowych, raz, że mi wypadają, dwa, że i bez nich w jakichkolwiek innych słuchawkach nie mogłabym się poruszać idąc na przykład przez miasto, nawet znaną trasą. Zdarza się, że robiąc coś w domu w słuchawkach na uszach wejdę w ścianę 😀 ale zasada jest taka, żeby mobilność w robocie w domu mogła być, no i podczas wyżej wymienionego kręcenia się na ukochanym fotelu, klawiatura i słuchawki na bluetooth muszą być. Słuchawki koniecznie z jak najbardziej wytrzymałą baterią, moje obecne wytrzymują na jednym ładowaniu ze dwa tygodnie, może trochę więcej, w zależności od tego jak długo je eksploatuję i czy pamiętam o ich wyłączaniu, czy pozostawiam je na noc w trybie czuwania, zapominając też przy tym wyłączyć kompika. 😀
#6. Moje odkurzacze pionowe. Wczoraj zostałam nazwana Monalizą czystości. Oczywiście przez mojego narzeczonego. Stwierdził, że blatów i sprzętów, które wchodzą w skład naszego aneksu kuchennego, żal dotykać, kiedy skończę je sprzątać. Inna rzecz, że w 95% części życia tutaj, muszę to robić przynajmniej 3 razy dziennie, bo nie znoszę smug, okruszków walających się, najmniejszych drobinek na blatach, w zlewie i tak dalej. Pozostałe 5% kiedy tego nie robię, zazwyczaj wynika z moich niedyspozycji fizycznych, czy psychicznych, jak u każdego człowieka. Dokładnie to samo tyczy się odkurzania mieszkania. Michał często śmieje się, że mogłabym być testerką odkurzaczy pionowych, czy łatwo je zniszczyć, zajechać i tak dalej. Najchętniej odkurzałabym kilka razy dziennie, ale żeby nie popaść w jakieś natręctwo, czy też mizofobię, ograniczam się do odkurzania raz dziennie, albo raz na kilka dni, chociaż przychodzi mi to z niesamowitym trudem, kiedy nawet już po odkurzaniu wyczuję pod palcami jakieś drobiny, kruszyny. Robię to naprzemiennie dwoma naszymi odkurzaczami pionowymi i jutro, z satysfakcją, z energią, z werwą, znowu to zrobię. 😛
#7. Ulubione seriale. Bez względu na wszystko, na to gdzie jestem, no, może nie z kim jestem, bo jeśli towarzystwo chętnie się integruję, to odkładam seriale na czas, kiedy będę we własnym zaciszu, ale tak, seriale koniecznie. Zazwyczaj pod koniec tygodnia, przedpremierowo muszą być obejrzane: Na sygnale, na dobre i na złe i leśniczówka. A podczas jedzenia posiłków z Michasiem oglądamy stare m jak miłość, kto wie, może kiedyś dojdziemy do momentu, gdzie będziemy oglądać na bieżąco. Seriale to lubię kolekcjonować i mam na swoim dysku kilka fajnych, przepastnych kolekcji, a kolekcjonować seriale lubię nie tylko ja, prawda? @Celtic1002 😀
#8. Kolorino, telefon i komputer. Celowo te trzy rzeczy wolałam zamieścić w jednym punkcie, ponieważ uznałam, że nie ma sensu rozbijać ich na 3, które pozostały mi do końca. Nie chciałam po prostu w tym przypadku pójść na łatwiznę i szybko się wykpić. Tak, proszę to docenić, 😀 :D. Kolorino od niedawna zamieszkało z nami w domu, a właściwie na pralce i nie sądziliśmy, że będzie aż tak przydatne. Niekoniecznie do tego, żeby się dowiedzieć, jak jesteśmy dzisiaj ubrani, chociaż po ostatnim wyskoku Michała do śmietnika w różowych dresach należących do mnie, o czym dowiedział się przypadkowo, bo akurat moja siostra wpadła z wizytą do nas, będzie trzeba swój codzienny ubiór monitorować, żeby nie było podejrzeń o jakieś gender.😂😂😂 my używamy kolorino tylko do pomocy sortowania prania i czasami, żeby upewnić się, czy ktoś nie zostawił zapalonego światła. Jeśli chodzi o telefon, no to u mnie w zasadzie jak u każdego, najczęściej służy do przeglądania komunikatorów, odpowiadania innym użytkownikom tych samych komunikatorów, ot, żeby zająć ręce. Czasami do używania aplikacji glovo, częściej do użytku aplikacji z serii seeing assistant home, move, czy seeing A I i wielu innych. Podobnie jak w przypadku komputera, chociaż w czasach, gdzie w telefonie można mieć dzisiaj wszystko to, co na komputerze, bez niego chyba jednak dałabym radę się obejść. 😛
#9. Książki i chwila samotności. Bywają okresy, że książki łykam jak pelikan, z niewielką tylko przerwą na seriale, jak było wyżej napisane. Działa to zazwyczaj bardzo schematycznie, to znaczy, jeśli zachwyci mnie thriller jakiegoś autora, zaraz muszę połknąć resztę jego twórczości, jeśli ją posiada. Tak było w przypadku Laili Shukri, Marcina Margielewskiego i Tanyi Valko. Jednakże wszyscy ci autorzy w swoich książkach poruszają tą samą tematykę, czyli kulturę krajów bliskiego wschodu, więc kiedy odczuwam, że mózg już nie nadąża, przestaje zapamiętywać, skupiać się, zaczynam się nudzić, przechodzę w fazę książkowego rozluźnienia i rozpoczynam jakiś krótki cykl książek obyczajowych po to, by zaraz potem wciągnąć się właśnie w kilka, lub kilkanaście porywających thrillerów pod rząd. Jeśli mam na to ochotę, czytam przez cały czas, podczas robienia obiadu, podczas sprzątania i tak dalej, ale zazwyczaj wybieram taki czas, żeby stało się to tylko chwilą dla mnie, gdzie nie ma mnie dla nikogo i mogę skupić się tylko na słuchaniu książki. Natomiast jeśli chodzi o chwile samotności, takiej typowej, bez nikogo, to raz na jakiś czas też jej potrzebuję. Z reguły jestem bardzo towarzyska i w życiu bardziej brakuje mi ludzi, niż doskwiera mi ich nadmiar, ale mam też takie coś, że lubię się gdzieś zamknąć, posiedzieć sobie w ciszy, albo posłuchać muzyki nie będąc widziana, słyszana przez nikogo. W kawalerce ciężko mi coś takiego osiągnąć i myślę, że Michał też ma takie potrzeby, bo mamy różne pasje, chociaż staramy się sobie nie przeszkadzać, nie wchodzić sobie z nimi drogę, zapewne błogosławionym będzie moment, kiedy nabędziemy mieszkanie dwupokojowe, żeby każdy taką chwilę samotności dla siebie wygospodarował.
#10. Muszki! Muszki! Muszki! Zastanawiacie się, jakie muszki, co? Hahaha, dziesiąta rzecz, bez której musiałam obchodzić się całe życie została tak nazwana przeze mnie i przez Michała, bo w zasadzie nie wiem, jakby ją inaczej nazwać i w sumie to nie wiem, czy nie przenieść by jej wyżej, bo chyba traktuję ją już na równi z jaśkiem :D. Muszki, moi drodzy, to inaczej głaskanie mnie, po plecach, po szyi opuszkami palców, ale tak delikatnie, jakby chodziła po mnie mucha. 😀 😀 :D. Nic bardziej, niż to, nie pomaga mi zasnąć, nie relaksuje i nie odstresowuje mnie. Podejrzewam, że gdyby ktoś zaproponował mi, że będę tak leżała przez cały tydzień i muszki będą chodzić po moim ciele, to by mi się nie znudziło, gorzej z moimi receptorami nerwowymi. 😀 a jeszcze gorzej, że to muszą być muszki tylko w wykonaniu Aleksa.

Nominacje.
Uff, udało się. Udało się sklasyfikować, zapisać, więc trzeba nominować. Na myśl przychodzą mi dwie osoby. @Celtic1002, @Marolk. Czekamy.😃😃😃

Kategorie
Wpisy tekstowe

Nowy rok, czas start!

Dzień dobry! Witam bardzo serdecznie z mojego wyjazdowego delusia, którego udało się wreszcie zmusić, żeby pożarł wszelkie potrzebne aktualizacje i dzięki temu, pozwolił mi zainstalować eltena, a w związku z tym, mogę pisać, mogę śledzić inne blogi. Co prawda nie obyło się bez grzebania w aplikacji dell audio, bo skubaniec po ukończeniu aktualizacji systemu włączył mnie jakieś ulepszenia dźwięku, paskudnie brzmiące z resztą, no ale już wszystko działa, jak natura chciała.

Długo zastanawiałam się, czy ten wpis umieścić w myślniku niedzielnym, czy jednak tak sobie luzem i doszłam do wniosku, że czas zakończyć zaśmiecanie myślnika niczym konkretnym, albo inaczej, wszystkim i niczym. To znaczy, niedziele pojawiać się nadal będą, tylko teraz raczej wolałabym w nich zamieszczać konkretne postępy i kolejne kroki na przód. W związku z tym, że przed wyjazdem nic takiego się nie wydarzyło, da się to streścić w takim zwyczajnym wpisie.

Nie sądziliśmy, że kiedy zima odpuści, poczujemy się jak byśmy na nowo odzyskali wolność i skrzydła. Naprawdę, niesamowite uczucie, kiedy możesz wszystko sam. Co prawda na razie nadal na niewielkim polu manewru, ale i tak to uczucie jest rozpierające, a to chyba dobrze wróży na przyszłość. Do czego by to porównać…Może…Poczułam się tak, jakbym wstrzymywała oddech przez kilka minut i w ostatniej sekundzie przed zemdleniem znowu postanowiła zacząć oddychać. Kurcze! Czy to jest naprawdę możliwe, żeby tak człowieka cieszyło głupie wyjście do sklepu, po czystym chodniku bez grama śniegu? 😀 Czy tak będzie już zawsze? Taka radość, że nie trzeba prosić o pomoc nikogo z domowników? Jeśli tak, to bardzo mi się to podoba.

mam teraz naprawdę mnóstwo czasu na przemyślenia i refleksje, wcale nie dlatego, że jest nowy rok, tylko jak to na swoim blogu ostatnio pisała Julitka, nie w każdym domu zawsze są jakieś obowiązki, więc mogę się oddać przeróżnym przemyśleniom, póki jestem poza domem. Takie myśli nachodzą mnie też często w domu i są one raczej z tych pozytywnych, hociaż chwilami to wszystko jest nie do uwierzenia. Lawina wydarzeń, która trwa już rok i osiem miesięcy pędzi tak szybko, że Kasia jeszcze sprzed pięciu lat nie sądziłaby, że jej życie kiedykolwiek tak się zmieni, zmieni się na dobre, że tak się przewartościuje. Oczywiście, ,że zawsze o tym marzyła, ale nigdy nie robiła nic, żeby tak się stało. Odkładała życie na potem…Cieszyła się głupotami i żyła z dziś na jutro. Pogodziła się z tym, że za przygotowywanie jedzenia odpowiedzialna nigdy nie będzie, za sprzątanie może, ale najlepiej tylko swojego pokoju i że zawsze jest lepiej tak, jak chcą inni, nie ona. Kto wie? Może się po prostu poddała, może nie widziała dla siebie przyszłości, jak wiele osób w jej sytuacji, z którymi przebywała i przebywa nacodzień. Okazało się, że musiał po prostu minąć pewien czas…Ktoś musiał rzucić iskrę, żebym była wstanie wzniecić pożar, żeby to uśpione życie obudzić i wprawić w ruch. Najpierw pierwsza praca, wspaniała praca, dobre i złe doświadczenia z niej wynikające. Jedne z lepszych to na pewno to, że po ponad 20 latach prowadzenia za rączkę z wielkim strachem, ale i determinacją zawalczyłam o siebie i dwa razy dziennie, przemierzałam 60 kilometrów w tę i z powrotem, a w miejscu docelowej pracy, nauczono mnie sobie radzić samodzielnie. To na pewno dało mi dużo pewności siebie, którą udało mi się zahować do dziś. W końcu nie każdy ma w sobie na początku swojej przygody otwartość do ludzi i w razie sytuacji tzw. Zagrożenia, czy jakkolwiek to nazwać potrafi poprosić o pomoc. W czasach szkolnych często przez osiem godzin nie chodziłam do toalety, bo sprawiało mi trudność, żeby kogoś poprosić o pomoc, a jeśli już, to nigdy nie znosiłam korzystać z toalet w miejscach publicznych, bo zawsze odczuwam tam atmoswerę napięcia, coś na zasadzie wyścigów, bo kolejka jest, a to jak na złość nie idzie szybko, więc lepiej odczekać swoje i dotrzeć do bezpiecznego miejsca, gdzie nie ma się już tego odczucia. To samo głupie wrażenie wstępuje we mnie, kiedy wchozę po schodach i ktoś nieznajomy idzie za mną. Wtedy automatycznie przyspieszam kroku, bo myślę, że ten ktoś się spieszy i ja go tylko spowalniam. Uchhh, nie umiem się tego wrażenia pozbyć xd. Ta niechęć korzystania z toalet w miejscach publicznych została mi do dziś, chociaż z drugą częścią problemu, czyli z proszeniem o pomoc już nie ma problemu 😀 wydaje mi się, a wręcz jestem pewna, że dzięki temu czasowi, dojazdom do pracy ten problem został zażegnany. To pierwsza część refleksji, o której myślę, że naprawdę nastąpił w moim życiu ogromny przeskok, samodzielnościowy i poniekąt emocjonalny. Udowodniłam sobie, że potrafię, chociaż sama nie wiem, czy spodziewałam się, że jestem do tego zdolna będąc całe życie, trochę na własne życzenie, a trochę nie, pod tzw. kloszem, w klateczce wielkości 15 metrów, z biurkiem i laptopem w środku.

W zupełnie nieoczekiwanym momencie okazało się również, że latami pielęgnowana z różną częstotliwością, ale jednak…Można by ją nazwać koleżeństwem, chociaż teraz to ze spokojem przyjaźnią przerodziła się w wielką miłość. Jak to się stało? W zasadzie chyba przypadkiem, chociaż podobno przypadków nie ma, więc po prostu tak musiało być. Chciałam z kimś pobyć, porozmawiać, chyba miałam jakiś cięższy czas…Nikogo nie było, wszyscy w rozjazdach. Na teamtalku był tylko Michał, oglądał jakiś mecz. Zapewne gdyby oprócz niego był ktoś jeszcze, nie przyszłoby mi do głowy zajrzeć na kanał odpowiadający za streamowanie meczy, ale tak? Stwierdziłam, że w zasadzie nie mam nic do stracenia, bo przecież czasem rozmawiamy, czasem się nagrywamy, czasem do siebie piszemy. W prawdzie raczej o niczym szczególnym, a jeśli już, to słowa – #Tozostajemiędzynami nigdy nie zostały złamane. Jak tak teraz o tym myślę, to jest naprawdę niesamowite, bo nie byliśmy wtedy nawet przyjaciółmi, więc mogło się zdarzyć wszystko, co nie jednokrotnie niszczy, wydawałoby się, prawdziwe przyjaźnie, a jednak nie. Nie mogę powiedzieć, że przez lata znajomości przepadaliśmy za sobą nie wiadomo jak, bo często się spieraliśmy w dyskusjach, często wyrażaliśmy niezrozumienie dla swoich pasji, ale kontaktu nigdy nie traciliśmy. Pamiętam jak dziś, jak mnie denerwował. Wystarczyło tylko, że ktoś powiedział o jakichś problemach zdrowotnych, a Aleks natychmiast stawiał diagnozę mówiąc, że tak miał i to może być to, ewentualnie, że miał to sąsiad, znajomy, czy ktokolwiek tam inny. Podnosiło mi to ciśnienie jak nie wiem 😀 i w nerwach mówiłam, znahor pieprzony. 😀 😀 Ale tak widocznie miało być, że wieczór 23 maja 2022 roku, miałam spędzić w towarzystwie znahorka i jego meczyku. No i tak się dobrze rozmawiało, że nastąpiło pytanie: –
A czemu ty tak właściwie się już do mnie nie nagrywasz? –
No, bo straciłem do ciebie numer po zmianie telefonu, jak wiele kontaktów z resztą.
-Tak? To ja się do ciebie nagram i go odzyskasz
Czy to w tamtej chwili był podryw? Kolejna szansa na rozpalenie kolejnej iskry? Chyba nie…Na pewno nie, chociaż od tamtej chwili nagrywaliśmy się codziennie, niemal nieustannie, ale bardzo oficjalnie. Dzwoniłam do niego zawsze wracając z pracy i niemal każdy wieczór spędzaliśmy razem, choć niewiele tego czasu było, bo chodziłam spać z kurami, ale w miarę upływu miesięcy, no…Niewielu, bo zaledwie dwóch, może półtora, okazało się, że przez ten cały czas stawaliśmy się sobie coraz bliżsi, a tak na 100% to okazało się po pierwszym, najwspanialszym spotkaniu w Krakowie. Ja sama ganiłam się za to, że ta miłość…Zakochanie…Zauroczenie…Ciężko to było wtedy nazwać, tak szybko przyszło. Co szybko dane, jeszcze szybciej zabrane, bałam się tego jak jasna cholera. Bałam się, bo związków w moim życiu było niewiele, zostałoby palców u jednej ręki gdyby chcieć je zliczyć, z jednej strony tego chciałam, byłam gotowa, wciągało mnie coraz bardziej, a z drugiej ten strach, no i czego się chwycić? Na szczęście uchwyciłam się tego, co mnie wciągało, tej kolejnej iskry, która o kolejne 360 stopni zmieniła moje życie na lepsze! Co nagle, to po diable, ale nie w tym wypadku i to wiem na pewno. Podejrzewam, że gdyby Aleks mógł wybrać sobie zwierze, które odzwierciedla jego naturę, to z pewnością byłby to pies, ponieważ co jak co, ale charakteryzowała go zawsze, niezmiennie wierność, przywiązanie i oddanie, aż do bólu. Zero odstąpień od reguły, zapewne pomaga mu w tym nieco introwertyczne usposobienie, ale nie ma opcji, żeby inna Ewa go skusiła, póki żyje ta, której oddał serce, z wzajemnością z resztą. Zaręczyliśmy się po siedmiu miesiącach związku, a jeszcze przed datą oficjalnego chodzenia ze sobą…Jak to się tam mówi będziemy małżeństwem. Jedni powiedzą, że to się spali na panewce i jeszcze szybciej się skończy nim się zaczęło, inni powiedzą, że znają pary, które prędzej jeszcze niż my się poślubiły i żyją do dziś, tak jak rodzice Michała i ja doskonale zdaje sobie sprawę, mam niezachwianą wiarę w to, że należymy do tej drugiej kategorii, ponieważ z nikim, nigdy w życiu nie było mi tak wspaniale. Nikt, nigdy w życiu nie był w stanie popchnąć mnie do tego, żeby być w związku, ale nie tylko na odległość i cieszyć się spotkaniami w miarę możności. Spotkałam konkretnego człowieka, który miał konkretny plan i wiedział czego chce, a tymsamym uświadomił mi, przypomniał, że ja też o tym przecież marzę. Zapewne dlatego na pytanie: Czy zostaniesz moją żoną? – Odpowiedziałam tak, a jakiś czas później opuściłam dom na półtorej miesiąca w związku z naukami przed małżeńskimi tylko po to, żeby okazało się, że po tym czasie nie jest możliwe mieszkanie na odległość z kimś, kogo kocha się tak bardzo, że nikogo nigdy bardziej i…Już bardziej się nie da hahah. Z początku było ciężko, nie powiem, że nie, bo nie da się ukryć, że nawet jeśli bardzo chcesz się wyrwać z rutyny i zmienić życie, w momencie kiedy to się stanie to okazuje się, że jednak bardzo brakuje tej rutyny, starych przyzwyczajeń, ale powoli, powoli i to uczucie mija. No więc kolejny obrót o 360 stopni. Czy to możliwe? Przecież nigdy, nic, sama…A tu nagle decyzja, która była nam potrzebna i trzeba było ją podjąć bardzo szybko – Wynajmujemy mieszkanie! Wynajmujemy, nie ma odwołania od tej decyzji. No ale jak sobie poradzimy? Przecież oboje w domu robimy…Niewiele…Prawie nic…Musimy! Inaczej już na zawsze osiądziemy na mieliźnie nicości, co z tego, że razem? To, że nie było, nie bywa i zapewne jeszcze nie jeden raz nie będzie łatwo wiecie z niedziel, ale to, że w tym czasie spinając poślady, załamując się, ciesząc, płacząc niezmieniło faktu, że byliśmy i wciąż jesteśmy dla siebie ogromnym wsparciem i dodatkowo okazało się, że umiejętności związane z samodzielnym mieszkaniem wykształcone są bardzo dobrze, niektóre się dokształcają 😀 ale generalnie, niczego nie żałujemy. Czy się kłócimy? Bardzo mało, jeśli mówimy o kłótniach poważnych, raczej się tylko w żartach przezbywamy. Czasem lubimy na siebie wzajemnie ponarzekać. Potrafimy otwarcie rozmawiać o tym, czego brakuje, co powinno zostać zmienione i powoli od słów do czynów. Brzmi jak idylla, ale naprawdę tak jest. Jesteśmy w związku również przyjaciółmi i nawet jak nie zgadzamy się w jakichś kwestiach ze swoim zdaniem, to przynajmniej staramy się je chociaż zrozumieć, jeśli nie zaakceptować. Słowo przepraszam nie jest często używane, bo żadko kiedy bywa potrzebne, ale jeśli musi być, to jest, zupełnie inaczej niż w moim rodzinnym domu. Czy istnieją w naszym związku kompromisy? Zależy w jakiej materii, ale raczej tak. Jedno jest pewne, cokolwiek by się nie działo, byle być razem, zawsze iść ramie w ramie. Niespodziewalibyśmy się, ale tak się stało, tak być miało, że dopasowały się dwie właściwe osoby, z doprecyzowanym celem w życiu i powolutku robią wszystko, żeby go osiągnąć. Dla jednych ten cel będzie bez sensu, bo cóż to za cel stworzyć rodzinę, być szczęśliwym, mieć pracę, zajmować się domem, bez sensu, jak setki ludzi. To nie to samo co studia wyższe, któreś skolei, potem praca, może ewentualnie rodzina. Ja dziś uważam, że niech każdy dąży do celu jakiego tam chce, jeśli jest pewien, że da mu to szczęście.

Tak więc, podsumowując…Niecałe dwa lata…Dużo się zadziało i dobrze, że umiałam wyciągnąć po to rękę, a gdyby mnie ktoś zapytał, czy gdybym mogła cofnąć czas, zdecydowałabym się to powtórzyć? Oczywiście, że tak, bo to był dobry czas, nawet z różnymi przykrymi doświadczeniami, sytuacjami i znajomościami po drodze. Mogę sobie otwarcie powiedzieć, że jestem z siebie dumna i zadowolona i wiem, że jeszcze wiele wyzwań przede mną, wiele trudnych sytuacji, wyborów, ale czuję, że dam radę. Życie staje się jakieś fajniejsze mimo trudów, kiedy mogę je z kimś dzielić, komu nie jest obojętne, co zrobię, gdzie pójdę, jak się czuję. To zawsze powtarza Michał i nie mogę się z tym nie zgodzić, a ten przepiękny pierścionek namoim serdecznym palcu przypomina mi czasem, kiedy myślę o tym jak o niemożliwym, że kurcze! Ja nie śpię…Nie czytam książki, to dzieje się naprawdę! Naprawdę za chwilę będę żoną, która ma kochającego męża. Praktycznie bez nałogów, może czasem troszkę leniuszkowatego, czasem potrzebuje, żeby go trochę postrofować, pokierować, podyktować, ale to chyba jak każdy facet i gdybym chciała lepszego, to po pierwsze lepszego nie ma, a po drugie, to byłabym największą idiotką na tej planecie.

Jeśli chodzi o święta, poraz pierwszy spędzałam je poza rodzinnym domem. Ustaliliśmy, że to będzie najlepsze wyjście zważając na fakt, że Michał postawił wszystko na jedną kartę i opuścił dom rodzinny na odległość ponad 500 kilometrów. Inna sprawa, że zmusiło go do tego życie, albo inaczej mówiąc, niesprzyjające życiu okoliczności, w których okazało się, że w tej wspaniałej miejscowości życia bez samochodu, niemal bez internetu po prostu nie będzie, jeśli mówimy o egzystowaniu na poważnie, we dwoje i tak dalej. Mimo, że w mieście bardzo szybko się zaklimatyzował to jednak normalne, że tęskni za rodziną, która jest naprawdę cudowna i czasami trochę jej zazdroszczę, chociaż nie ma czego, przecież niebawem stanę się jej częścią, ale wiecie o co chodzi…:D najpierw było mi jakoś tak dziwnie, że święta, bez rodziny…Jakkolwiek bywało różnie z atmoswerą świąt, ale jkto będzie, a co jak będzie mi smutno bez nich? No wiem, wiem, w przyszłym roku spędzimy z nimi święta i sylwestra, ale kurde, no jak to będzie? Zmartwienia okazały się zupełnie niepotrzebne, ponieważ nie zdążyłam zatęsknić za domem. Po pierwsze dlatego, że w noc przed wigilią nawiedziła nas jelitówka, a konkretnie Michała. Nie spał on, bo się męczył odkrywając wysokość skali głosu nad muszlą w toalecie, nie spałam ja, bo nie sposób spać przy takich dźwiękach, ale serce ściska się z żałości, bo nie mam na to wpływu, dodatkowo atakują myśli, czy od tego wysiłku do mojego starego arytmika nie będziemy zaraz wzywać pogotowia, czy nie załączy się arytmia właśnie. Sytuacja uspokoiła się koło 3 nad ranem, więc uznałam, że chyba mogę iść spać, ale jak obudziłam się koło 10 to okazało się, że jelitówka dobiera się również do mnie. Zupełnie inaczej, bo byłam bardzo słaba, męczyłam się przejściem do łazienki, ale w zasadzie to ani górą, ani dołem nie szło, jednak zapobiegawczo wzięłam, nie wiem po co stoperan, bo potem tylko problem był w następnych dniach xd. O 19 przy kolacji odliczałam czas, kiedy będę mogła się położyć do łóżka, a wachlowanie łyżką w talerzu pełnym barszczu z uszkami okazało się niesamowicie trudne. W końcu gdy otworzyliśmy prezenty, a termometr wskazał nieco ponad 37 stopni, ostatkiem sił wdrapaliśmy się po schodach na górę i o godzinie 21 spaliśmy jak dzieci. No i potem już lawinowo, w pierwszy dzień świąt wirus dopadł i szwagierkę. Ciekawe, czy oprócz fajnych prezentów, udało nam się zrzucić coś na wadze? 😀 W końcu o jedzeniu w te święta nie było zbytnio mowy, ale mimo wszystko, było fajnie. Spokojnie, rodzinnie, tak jak powinno być w święta.

Do idealnego sylwestra jaki mi się marzy już dużo nie brakowało, bo również większość dnia spędziliśmy w gronie rodzinnym, jeśli chodzi o trunki, to również były i to dużo, ale jeden kieliszek na pół godziny, więc wszyscy dotrwali do północy, a nawet dalej. W związku z czym poznałam zupełnie nowy i lepszy wymiar sylwestra, bo u mnie w domu raczej nikt nigdy tego nie respektował i po północy wszyscy już spali, oprócz mnie. W starym roku oficjalnie pożegnałam to, co złego zdarzyło się w ostatnich miesiącach wypijając od godziny 17 do 2 nad ranem 14 kieliszków i lampkę szampana. Wnioski w nowym roku wyciągnięte ze starego, pielęgnować to co dobre, starego i złego nie rozpamiętywać, ufać, ale uważać i kochać! Kochać ponad wszystko.

W nowym roku pierwszym postanowieniem jest, żebędziemy więcej mieszkać niż podróżować. Drugim, że kupujemy blender i robimy zdrowe koktajle, a ja się uczę robić zupy i zupy krem. Trzecim, jak co roku, zrzucamy na wadze. Czwartym, uczymy się nowych tras i staramy się dążyć do jeszcze większej samodzielności, stopniowo, ale koniecznie. Piątym i chyba ostatnim, nie zwariować w ferworze przedślubnych przygotowań i spraw z tym związanych, bo teraz dopiero się zacznie. 😀

Na zakończenie, trochę z opóźnieniem, ale ważne, że szczerze, życzymy wam na ten rok dużo zdrowia, bo jak jest zdrowie, to wszystko inne powoli przyjdzie. Dużo cierpliwości do tego, w czym zazwyczaj jej brakuje, jeszcze więcej empatii, sukcesów na polu zawodowym i prywatnym. Przełamywania swoich barier i zakopywania wszelakich lęków, które coś uniemożliwiają. Zrozumienia, szczęścia, pieniędzy i ogólnie wszystkiego, czego pragniecie. Pozdrawiamy jeszcze ze Świętokrzyskiego!

Ps: Aleks od czasu, gdy tu przyjechaliśmy, ma zajawkę na temat czytania, słuchania o wszelakich ekspresach do kay. Wszystko zaczęło się od tego, że szukał rozwiązania, dlaczego nasz spieniacz tak niemiłosiernie piszczy przy spienianiu mleka i okazało się, że po prostu zbyt mocno go zanurzamy w mleku, a wystarczy tak trochę i szklankę ustawić pod kątem. Na tapecie ekspresowej jest youtubowy kanał, który prowadzi cofee doctor 😀

Ps2: W najbliższych dniach po powrocie spodziewamy się naszej kochanej Ewesi, z którą mamy w planach pichcić i kucharzyć, więc niedziele nadal będą. Oj, będą, bo zima ma przyjść straszna, że nic tylko siedzieć w domu z pełną lodówką i gotować. 😀

Kategorie
Inne Wpisy tekstowe

Co mi w duszy zagrało?

No i cóż tu robić, kiedy ani wersja portable, ani instalacyjna nie chce się zadomowić na moim wyjazdowym delu? Cóż zrobić, kiedy dekalog prawdziwego przyjaciela zawiódł po całości? Gdzie szukać ukojenia? W nic nie robieniu, wczasowaniu w Świętokrzyskim i w muzyce, przede wszystkim.

Skompletowałam ostatnio, z pomocą nie zastąpionej osoby w kompletowaniu różnych dyskografii, całą twórczość mojej ukochanej Olgi Bończyk. Jest tego dużo i niewiele, zależy jak na to patrzeć, ale, niezmiernie się cieszę, że już to mam i mogę słuchać. Głos pani Olgi niezależnie od tego czy coś czyta, czy śpiewa wpuszcza do mojej duszy i serca tyle ciepła, słońca, a zwłaszcza, kiedy za oknem coś tam jeszcze świeci czasami, jak te dwa słońca się zejdą, to żadne straty nie bolą, a leniuchowanie staje się na chwilę przyjemne. Sama nie wiem co by tu wybrać, bo tyle na raz zjeść takiej wspaniałej muzyki, nietuzinkowych aranży i melodii, och! No to może, wybiorę kilka? Na początek utwory, które mnie urzekły podobieństwem do pentatonic 😀 tylko w formie jednoosobowej.

A w mediach do wpisu dodam coś, czego nie ma na youtube, ale jest dla mnie mega słoneczne, tonacyjnie, aranżacyjnie, wokalnie, pod każdym względem. Jest to piąty utwór z płyty z roku 2011 pt. Listy z daleka. "Listy z daleka" to 12 piosenek skomponowanych i napisanych przez legendy polskiej muzyki (m.in.: Wasowski, Przybora, Młynarski, Osiecka), śpiewanych przed laty przez Kalinę Jędrusik, ędrusik

Na koniec coś, co znalazł przypadkiem Aleksik i bardzo mi żal, że takiego wykonania nie będziemy mieli na ślubie, ale może z drugiej strony to dobrze, bo pewnie bym płakała, aaa w sumie, i tak pewnie będę. 😀

Żegnam się na teraz, bo w końcu w tym tygodniu coś przedsięwziąć trzeba, żeby mieć o czym napisać niedziele. 😀

Kategorie
Inne Wpisy tekstowe

Do robienia takich rzeczy trzeba mieć co? Głowę, niekoniecznie cycki i fajne melodajne wtyczki :D

Wczoraj słuchając audycji w internetowym radiu, prezenter wpadł na nietypowy pomysł, żeby muzycznie umilić słuchaczom godzinkę. Pewnie ludzie wiedzą, że inni, zdolni ludzie robią takie rzeczy, z większym powodzeniem, albo i ciutkę mniejszym, ale ja, na ten przykład nie miałam pojęcia, nie umiałabym czegoś takiego zrobić, dopasować, no i…No i…Bawiłam się całkiem przyjemnie, kiedy musiałam zgadnąć połączenia dwóch różnych piosenek. Wy takiej fajnej zabawy mieć nie będziecie, bo ja wrzucę po prostu linki do youtuba do utworów, które mnie najbardziej urzekły, ale niezmiennie życzę miłego odsłuchu. 🙂

Kategorie
Inne Wpisy tekstowe

Ja do was z zapytaniem.

Cześć! 🙂

Chciałam zapytać szerszej społeczności na grupie niewidomi i niedowidzący, ale jakiś nieempatyczny administrator/torka, tak, wprowadzajmy feminatywy 😀 stwierdził, że to pytanie nadaje się na grupę towarzysko niewidomi, bo nie jest związane z niewidzeniem. No cóż…Nie powiedziałabym, że nie jest, a żeby zadać jedno pytanie, nie będę dołączała do grupy tylko po to, żeby zaraz potem ją opuścić. Chociaż możliwe, że przy większej ilości osób na moje pytanie mogłoby odpowiedzieć większe grono osób, bo byćmoże okaże się, że nikt stąd nie będzie w stanie mi udzielić tej odpowiedzi. 😀

Otóż, szanowni, drodzy, przychodzę do was z zapytaniem o dostępność internetowego kursu nauk przedmałżeńskich. Ksiądz z mojej parafii stwierdził, że skoro jesteśmy z narzeczonym z innych części Polski, najłatwiej będzie taki kurs przejść internetowo. W związku z tym, czy może ktoś z was też takk miał? Może jakiś kurs polecić? Czy to bez znaczenia na jaki się zapiszemy? Nie mam pojęcia jak to wygląda, czy jest na jakimś dostępnym komunikatorze, czy nie?

Z góry dzięki, jeśli ktoś coświe i może podpowiedzieć co robić.
Pozdrawiamy!

Kategorie
Wpisy tekstowe

A może to na pierwszy taniec, Aleksie? No w końcu, jak sama nazwa mówi…Podobieństwo jest.😂

Wczoraj zaprzężona w korowód towarzyszek płci pięknej, wybrałam się w miasto zwiedzać salony sukien ślubnych. Nie żebym się przygotowywała do mierzenia, czy coś…Tak po prostu, trzeba się zorientować jak to wszystko wygląda cenowo i jak wyglądać będzie. Wszędzie zgodnym chórem wszystkie sprzedawczynie mówią, jak brać, to tylko teraz, bo potem coraz drożej.

No to siup, błyskawiczna decyzja, do przymierzalni, bez przygotowania. Suknia za suknią, fason za fasonem, aż w końcu znalazła się ta jedna jedyna i została zakupiona. Zanim wyszłam z szoku, lista gości prawie ustalona, termin ślubu dokładnie znany będzie już w przyszłym tygodniu, aż tu nagle, kiedy prawie zasypialiśmy z Aleksem, nadeszło oświecenie. No ale co na pierwszy taniec? Ale czy w ogóle pierwszy taniec w naszym wypadku? No bo jak, jedno tańczy gorzej niż śpiewa drugie i tak dalej…No i w końcu nie wiem co z tego wyszło, bo chyba pytanie bez odpowiedzi, ale…Ale…W razie czego…To…Może to? Aleksie?

🤣🤣🤣

Kategorie
Wpisy tekstowe

Przeczytane, przesłuchane, czyli o ich troje.

Witajcie! 😁

Miałam ten wpis sporządzić w piątek, ale zupełnie nie wiedziałam jak się za niego zabrać. W zasadzie nadal nie wiem i coś czuję, że to będzie pomieszane z poplątanym, bo nie mam pojęcia od czego zacząć, jak elokwentnie przebrnąć do środka emocjonalnej opowieści, którą chciałabym wam przedstawić i żeby zakończyć ją na tym samym dobrym poziomie.

Stwierdziłam jednak, że chyba nie mam na to dobrego sposobu, z powodu braku weny, która mnie opuściła już dawno temu i nie chcę wracać, więc niech będzie takie, jakie jest. Nieprofesjonalną recenzją, zameldowaniem co u mnie i co poczytuję w przerwach od seriali, audycji, albo gdy moje szczęście pochłonięte jest meczami🤪🤪

Pod koniec zeszłego roku przesłuchałam wszystkie możliwe kryminalne super produkcje, które zamąciły mi w głowie na tyle mocno, że przez kilka nocy miałam jakieś okropne sny, a nawet bałam się zasypiać i wychodzić z pokoju bez włączonego choćby radia. Co za dużo, to niezdrowo, tak mawiają i rację mają.🤣

Do ich troje powróciłam dzięki @Celtic1002, która to podrzuciła mi tą wspaniałą biografię, przygotowaną z okazji 25 lecia zespołu, wraz z płytą – Projekt X. Zawsze lubiłam piosenki Ich troje, w prawdzie nie wszystkie rozumiałam tak, jak autorzy by sobie tego życzyli, o ile w ogóle, ale zawsze ich uwielbiałam. Mam wszystkie płyty i sporo koncertów. Fanka ze mnie chyba żadna, bo nie byłam na ani jednym koncercie na żywo, nie mam autografów, chociaż nie powiem, obie te rzeczy bardzo chciałabym zrealizować jeszcze w przyszłości. Całkiem możliwe, że będzie mi to dane, skoro zespół nie zawiesza działalności.😀

Przeczytanie biografii zajęło mi kawałek wieczoru, pół nocy i kilka godzin następnego dnia. Wniosek z tego taki, że mnie wciągnęło, dokumentnie i że to całkiem co innego czytać wszystko to, o czym czytało się niegdyś w internecie, zresztą w wielu aspektach bardziej przerysowane przez dziennikarzy z ust członków zespołu, w dodatku gdy każdy na pewne tematy ma nieco odmienne zdanie. No i to coś całkiem innego czytać to wszystko od początku w wieku 27, no, prawie 28 lat, a śledzić bieg kariery zespołu od najmłodszych lat tylko z gazet, a potem z internetu i pomiędzy tym wszystkim słuchać domniemywań i ploteczek i w dodatku łykać je jak pelikan.

W prawdzie nigdy nie obchodziło mnie to, że Michał Wiśniewski ożenił się po raz drugi, trzeci, czwarty, piąty, urodziło się mu kolejne dziecko, bo zafiksowana byłam tylko na muzykę zespołu, ale nie sposób było tego nie słyszeć i po części nie przyjmować tego do wiadomości. Dobrze, że biografia odpowiedziała mi na wiele pytań, na które odpowiedzi byłam bardzo ciekawa: Dlaczego Magda pożegnała zespół i przez jakiś czas sypało iskrami? Dlaczego Justyna odeszła z zespołu? Chociaż i Michał i Justyna o tym fakcie wypowiadają się inaczej, więc nie wiem, czy do końca jestem z tego zadowolona, ale może to po prostu trzeba połączyć, nie będę spojlerować. Zdradziła wiele tajników zza kulis, trudy kręcenia teledysków, wiele wzlotów i upadków, dużo śmiesznych przygód. Szczególnie w jaki sposób Ich troje stało się Ich troje, albo kiedy zespół zapomniał o jednej z wokalistek przemieszczając się na kolejny koncert. Nie miałam pojęcia ile piosenek zespołu nie jest ich autorskimi piosenkami, a po prostu tekst z Niemieckiego przetłumaczony na Polski. Miło też zaskoczyło mnie to, że Karaoke w Polsce zapoczątkowali oni. Piękny opis wzlotów, upadków, pięcia się po szczeblach kariery, rozczarowań zbyt małym odbiorem chociażby, ciężką walkę o swoje z mediami, które zespołu nijak nie chciały brać na serio. Wierzcie lub nie, ale nie miałam świadomości, że oni na każdym koncercie występują w barwnych kostiumach i mają naprawdę ciekawe inscenizacje, o których zwyczajnie nie miałam pojęcia. Cudownie się to czytało i chciałabym sobie pójść na taki jeden koncert, z audiodeskrypcją.😄

Myślę, że najbardziej spodobało mi się to, że Michał i Jacek byli zupełnie szczerzy co do tego, że sporo kasy przez ich głupotę i bezmyślność po prostu stracili. Chociaż w przypadku Michała powiedzieć, że sporo, to jak nie powiedzieć nic, ale chyba najgorsze dla mnie było to, że cokolwiek Wiśnia nie zrobił i nie zrobi, złego czy dobrego i tak zawsze będzie chłopcem do bicia, mnie też się zawsze tak wydawało, dokładnie tak jak piszą. Każdy człowiek popełnia błędy, a nawet ten, który popełnia te najgorsze to ma w sobie odrobinę dobrego człowieka. Nie wierzę, że jest na tym świecie człowiek, kto tej krzty dobroci w sobie nie ma, nawet ten, co raz z jakiegoś powodu wylądował za kratami. Jeśli potrafi się do błędu przyznać, to tym lepiej o nim świadczy, prawda? Można uznać, że w sumie to nie wiadomo, czy żałuje, czy zrobił to, bo jest osobą medialną i żeby tego wizerunku dobrego nie stracić….No w każdym razie ja wierzę, że w Michale jest jednocześnie diabeł i anioł, a im bliżej 60 roku życia to ten anioł rozwija skrzydła😈😈

Opisywane przez zespół fale hejtu otworzyły mi oczy na to, jakie sprytne zabiegi stosują dziennikarze, by przykuć uwagę czytelnika, a my, po drugiej stronie, czytając te wszystkie wierutne bzdury, nawet wielokrotnie nie zastanawiamy się, czy mają one coś wspólnego z prawdą. Z drugiej strony, taką cenę trzeba zapłacić chcąc być medialnym i z tym trzeba się liczyć, ale czy nie mogłoby być normalnie? Wiem, marzenie. 😀

No i na koniec zostawiam was z ulubioną piosenką z najnowszej płyty – Projekt X. Czemu stała się ulubioną? Jej tonacja kojarzy mi się z ciepłą, słoneczną jesienią, z liśćmi wirującymi na wietrze i gdy w powietrzu można już nosem wyczuć, że zima się zbliża wielkimi krokami. No, ale nie da się ukryć, że słowa też do mnie przemawiają, no i niezmiennie ciepły, niski głos Ani. Strasznie się cieszę, że wróciła. Trzymajcie się ciepło.

Kategorie
Inne Wpisy tekstowe

Dawno, dawno temu, czyli aż 12 godzin minęło.

Hej!

Niedalej jak 3 godziny temu powróciłam z bardzo daleka. Cóż mnie tam zawiodło? Miłość szczerozłota i jesienna słota. 😀

Spędziłam wspaniałe dwa tygodnie z moim mężem i nie mężem. Świeże powietrze, dużo świeżego powietrza i jeszcze więcej wspaniałego jedzenia, na weselu prawie szwagierki, tylko czy to na pewno nie było nasze wesele pimpuś? Nie jestem pewna po tych komentarzach do zdjęcia. 😀 😀 😀 może w tym wypadku trzeba ludziom uwierzyć, bo ta wiśnióweczka…Ach! A ta kokosowa, a jeszcze ta cytrynowa…Hahaha. Tylko zastanawia mnie…Czemu tak mało tańczyliśmy w tą sobotę, he? Coś słabo z moją pamięcią. 😀

W każdym razie, to już bardzo dawno, dawno temu, bo 12 godzin temu ostatni raz trzymaliśmy się w objęciach na dworcu @alex77, a więc mówię ci po raz miliardowy dzisiaj, że tęsknię i wrzucam ci nasz ulubiony utwór…Love you <3

Kategorie
Wpisy tekstowe

Co ta piosenka ze mną zrobiła! Zapowiedź.

Hej!

Piosenka po niżej, nie chce się ode mnie odczepić. Kupiłam do niej podkład. Wczoraj usłyszałam to poraz pierwszy, a dzisiaj umiem już tekst i w beznadziejnych, domowych warunkach, na gównianym mikrofonie słuchawkowym, musiałam nagrać swój wokal, dodając jakiś tam leciuśki efekcik pogłosowy. Przepraszam z góry, za brak dołów, ale ta pogoda też fatalnie wpływa na moje struny głosowe, jednak muszę się tym z wami podzielić. To też nie jest w moim stylu, le to efekt mojego zakochania. Myślę, że niektórzy, np Lolek, robią gorsze rzeczy na swoim blogu 😀 dlatego co mi tam.

Pozdro 600

Kategorie
Wpisy tekstowe

Jak go poznałam, czyli historia naszego związku. I nie tylko.

"Historia naszej miłości"

Z tego co pamiętam, był pogodny dzień, gdy zadzwoniła do mnie znajoma, że on jest wolny. Bardzo chciałby mnie poznać. Dowiedziałam się tylko tyle, że ma swoje lata, to mnie zastanowiło … No ale … myślę sobię, każdemu trzeba dać szansę. Znajoma wymieniła tyle jego zalet, że aż żal mi było odmówić tego zapoznania. Na pierwsze spotkanie nie przyjechał sam, był z nim kolega niewiele starszy ode mnie. Z początku jechaliśmy powoli, spokojnie, a on milczał… no, może od czasu do czasu trąbnął na kogoś. Za to jego kolega bardzo dużo mi o nim opowiadał. Że jest doświadczony, że był blisko i z kobietami i z mężczyznami. To spotkanie, jakkolwiek przyjemne, dało mi dużo do myślenia. Już nawet nie przeszkadzał mi jego wiek. Rzeczywiście było w nim coś takiego, choć małorozmowny, że chciałam kolejnego spotkania. Na kolejnym spotkaniu już wiedziałam, że coś z tego będzie. Tyle że wtedy postanowił mi przedstawić dwóch swoich przyjaciół. Dużo młodszych od niego, każdy z nich był jeszcze z kimś, więc znowu pojechaliśmy na przejażdżkę. Tooo było coś! Gnaliśmy przez pola, wioski i co tylko, aż wiatr świszczał mi we włosach. Jechałam raz z nim, a raz z którymś z jego przyjaciół. A pod koniec dnia już wiedziałam, to był impuls, że kiedyś będziemy razem. Lecz najgorsze było to, że potem jego przyjaciele też pragnęli się mi przypodobać. On o tym nic nie wiedział, bo na jakiś czas gdzieś wyjechał. A ja nie wiedziałam co robić. Oni byli młodsi, tyle mieli możliwości w sobie, taką zawrotną prędkość. Aż pewnego dnia dowiedziałam się i to nie od niego, tylko od mojej znajomej, że wyjechali, wszyscy trzej, gdzieś w Polskę. Poczułam się rozczarowana, nietyle zdradzona co właśnie rozczarowana i jakąś taką rozpacz w sobie czułam. Bo oni w pewien sposób pozwolili mi przywiązać się do siebie, skosztować przyjemności spędzania z nimi czasu, nie musiało być z tego nic więcej, to mi wystarczyło. Nie byłam wbrew pozorom załamana. Powiedziałam sobie, że się nie poddam. Postanowiłam ich szukać, nie chciałam tak zupełnie tracić z nimi kontaktu, chociażby z jednym z nich. Jeden mi wystarczy. Aż znalazłam! Dziś znalazłam! Znalazłam dużo wcześniej, ale dziś dobiliśmy targu! Przyjedzie w czwartek! W czwartek przed południem! mój tandem! Mój własny tandem! :* Mój własny rowereczek, już nigdy mnie nie zostawi, ani ja jego. Wszędzie znowu będziemy jeździć razem!

Co! Pewnie myśleliście, że chodzi o faceta? Wiedziałam. Historia wymyślona w roku 2016, kiedy to postanowiłam kupić sobie tandem. Umieściłam to chyba kilka dni przed przyjazdem kuriera z moim rowerem.

Otóż, moi drodzy eltenowicze, wszystko można o mnie powiedzieć. Że jestem ładna, zgrabna, powabna. Skromna, też, a jakże. Ale ze sportem u mnie kiepsko. Bo pływać nie umiem, a wody nie lubię, choć dla choroby mojego kręgosłupa, jeśli się dowie, że to by go wspomagało, to i może się nauczę. Biegać nie lubię, bo szybko się męczę. No i jestem takim troszkę, leniuszkiem. W gimnazjum, pan, z którym miałam rechabilitację zaraził mnie wspinaczką skałkową, albo ściankową. Teraz dokładnie nie pamiętam jak to się nazywa. Brałam nawet udział w zawodach takiej wspinaczki i zdobyłam? Niestety tylko brązowy medal, ale i tak jestem z siebie dumna, bo byłam jedyną niewidomą osobą na takich zawodach. I niedługo się przygotowywałam.

Ale w roku 2015 zadzwoniła do mnie pewna niewidoma Justyna, która jest z mojej miejscowości. Czyli, z Malborka. Wcześniej jakoś tak się nie zeszło na to, żeby się poznać. Powiedziała, że ona z mężem od niedawna prowadzą fundację, niewidomi na tandemach. Tak, bo pierwsze początki tej fundacji były tu, w Malborku. No i Justyna powiedziała mi wtedy, że ma w piwnicy, w bloku tandem, że planują zorganizować rajd niewidomi na tandemach, że poszukują wolontariuszy, widzących jako pilotów, i niewidomych osób jako uczestników. W związku z czym ja odpowiedziałam, że nigdy na takim podwójnym rowerze nie jeździłam i tak dalej. No, bo wiadomo, że to jest zupełnie inaczej, niż samemu, choćby przy hamowaniu, ruszaniu, i skręcaniu. Bo dwie osoby napędzają rower, i tak dalej.

No to ja, niewiele jak zwykle myśląc, może i dobrze, stwierdziłam: A coo tam. Spróbuję, nic nie tracę. Justyna dała mi kontakt do wolontariusza, który miał odbyć ze mną pierwszą jazdę tandemem. Po kilku dniach do niego zadzwoniłam i umówiliśmy się.

O maatko jedyna! Jak mamusię kocham, po tamtej przejażdżce powiedziałam sobie, że nigdy więcej. Mateusz, bo tak miał na imie mój wolontariusz zabrał mnie na przejażdżkę do Nowego stawu. To jest taka dzielnica Malborka. Jakieś 13 kilometry od mojego domu. Czy wy wiecie, co to jest, przejechać 13 kilometry, 13, w jedną stronę, dla osoby, która w ogóle nie ma kondycji? To jest tak, jak by umierać na jawie i być tego zupełnie świadomym. A ja jeszcze, nie śmiałam prosić o przerwę w tej przejażdżce, a zapieprzaliśmy na tym starym rowerze równo. Bo to była chyba cholenderka, taka stareńka, jak powyżej, miał rower swoje lata. No i Mateusz mi wiele o nim opowiadał, że jeździ na nim z różnymi mężczyznami i kobietami, bo przygotowuje ich do rajdów, wtedy w planach były dwa.

Och, drodzy Eltenowicze, jakże następnego dnia żyć mi się nie chciało. Jeść i pić mi się nie chciało. Chciałam się poddać dobrowolnej eutanazji. Bolało mnie wszy, ściu, sie, ńko. A najbardziej czteroliterowe okolice, i nietylko, nogi, plecy od pochylania się. Mówię sobie: Oooo żesz ty … Orzeszku! Nigdy więcej. Ale ze mną to już tak jest, że czasami jak coś powiem to … Czasami dobrze powiem, ale na szczęście, czasami jednak nie, 😀

Jakiś czas później, chciałam znowu spróbować. A co za tym więcej idzie, namówić moje kochane siostry, żeby też spróbowały. Mówiłam im, że to fakt. Jest sporo rzeczy na które trzeba uważać, nad którymi panować, ale warto chociaż zobaczyć, sprawdzić się. Nie były przekonane, ale też chyba nie były na nie. Szczególnie po tym, jak zdecydowały się na pierwszą przejażdżkę ze mną, tą starą cholenderką. Co się na wywracałyśmy, to nasze. Ale po powrocie spotkałyśmy się z Justyną i one obie stwierdziły, że jeszcze troche, jeszcze troszeczke, i nawet zdecydują się wziąć udział w takim rajdzie.

Kilka dni później, zadzwoniła do mnie ponownie Justyna mówiąc, że w gospodarstwie agroturystycznym jej wójka, mieszczącym się w Kościeleczkach, znajdują się nowe, prędkie jak strusie pędziwiatry, to akurat moje słowa, rowery. A ten stary poszedł do naprawy, przed rajdem. Ktoś je przywiezie do niej do domu, wstawi do jej piwnicy, i pytanie brzmi: Czy ja i moje siostry nie chciałybyśmy pojechać, również z nią, na przejażdżkę, żeby trochę wyrabiać kondycję przed rajdem. No, więc się zgodziłyśmy i pojechałyśmy, znowu do Nowego stawu, ale tymrazem, droga jakoś mniej zmęczyła. może dlatego, że lepsze rowery. Jak pamiętam, przejażdżka była pełna przygód. Zaczęło się od zrywania jabłek z czyjegooś ogrodu. Nie nie, to nie było złodziejstwo. Chciałyśmy legalnie, zapukałyśmy do domu, tego kogoś, czy tych państwa. No, ale nikt nie otwierał. No to jak żesz się nie poczęstować, prawda?
A potem, w nowym stawie odpoczywając, zachciało mi się … Po tych jabłszkach, siusiu. Nie dałabym rady doczekać, aż zajedziemy te 13 kilometrów spowrotem. A, co najważniejsze, miałyśmy na sobie kamizelki odblaskowe. No, więc zapomniawszy o tym, moja siostra zaprowadziła mnie, pod jakieś przyjazne do siusiania krzaczki. Jako osoba widząca, nie pomyślała, bądź nie zauważyła, że ta kamizelka sprawi, że będę widoczna, wystawiona na tależu. Justyna, osoba niewidoma dopiero nas uświadomiła.

Cóż, potem robiłyśmy sobie z siostrami wiele takich wypraw, pożyczając od Justyny rower, przed tym rajdem. A jeśli nie wypieprzyło mi się w przepastnych nicościach mailowych, to mam gdzieś w wysłanych sprawozdanie z rajdu, na którym byłyśmy i dziękiktóremu moje siostry stały się tak świetnymi pilotkami.

Potem niestety, fundacja się na chwilę rozleciała, bo Justyna z mężem się rozeszli, on wrócił na ślązk. Ale teraz sam prowadzi tę fundacje i organizuje rajdy. Niewidomi na tandemach. Czasem pokazują ich w telewizji, mają profil na facebooku, świetnie się prowadzą. Posiadają super sprzęt i często dostają dofinansowania na rajdy, z różnych środowisk. No i te rajdy są organizowane nawet poza granicami Polski. Jeszcze na żadnym z takich nie byłam, ale mam nadzieję, że będę.

A teraz od dwóch lat, mam swój własny rowerek i latem to z jedną, to z drugą siostrą jeździmy. No i jest super! Każdemu to polecam!

Pozdrawiam