Jak to jest w książkach? Zbierzność osób i nazwisk jest przypadkowa? Trochę tak, a na pewno historia, bo kiciuś bardzo chciał, żeby suno go wywołał, to ma, xddd
Historie dwóch starszych panów.
Jakbym nie wpisywała, sporo wersji generowała, podkłada mi jednego mężczyznę pod dwóch chłopów, na różne sposoby go brałam, ale i tak ta wersja jest najlepsza.
Było to jakoś końcem lipca. Siedzimy sobie z Michasiem, mrok wieczorny, babka siwa, przy kominku głową kiwa… A nie, to nie ta bajka… No więc, siedzimy sobie pewnego wieczoru lipcowego, jakiś kanał w telewizji gra, leci sobie piosenka, a ja po trzykroć słyszę – Wyjebałam litry łez. No cóż… Albo ja głucha, albo wokalistka miała problem z dykcją, a w sumie jedno i drugie się nie wyklucza.
10 miesięcy
pierwsza cieczka za nami.Większość dni już mata suchutka, ani wpadeczki, choć nigdy poza matą się nie zdarzyło, od samiuśkiego początku.
Przyjazna do ludzi, aż za bardzo, poszłaby z każdym i ułożyła sobie życie na nowo.
Każdy pies to przyjaciel, o ile jest skłonny się bawić.
Jedzenie może nie istnieć chyba, że inne pieseły są w pobliżu, smaczki też, noooo czasem suszone królicze uszy lub raciczki jagnięce…
Gości i opcych traktuje jak swoich..
Reya zaprasza do wysłuchania! 😀
Niedzielny wpis.
Jaki dałabym nagłówek w mojej osobistej recenzji filmu – „ Dom dobry”?
– „Smarzowski nie dla niewidomych!”
Na pewno dla tych, których audiodeskrypcja w kinie robi w konia 😛 a raczej aplikacja kino dostępne. Synchronizowałam kilka razy, z słuchawkami i bez, internet miałam włączony, być może nie było w kinie zasięgu, ale dom dobry bez audiodeskrypcji jest… Nieoglądalny. Dialog jest tam znikomy, w sumie napaliłam się na ten film jak jenot na borsuczą norę, bo nie wiem czy wiecie, że borsuki bardzo chętnie udostępniają swoje nory lokatorom w postaci lisów i jenotów, ale my tutaj nie o tym. W sumie nie mogę powiedzieć, że się filmem rozczarowałam, bo Smarzowskiego się lubi albo nie, po prostu zawiodłam się tym, że mi to ad nie zadziałało. Dobrze, że przed pójściem do kina, zapoznałam się dokładnie z wywiadami z aktorami, poczytałam recenzje, te szczegółowe i te trochę bardziej kijowe, więc cały kontekst filmu wyłapałam, nawet chyba domyślałam się bez audio, kiedy jest teraz, kiedy są wspomnienia/wyobrażenia Gośki. Jedyne co mnie zaskoczyło, jakkolwiek nie powinno, bo wszak to dramat, ale myślałam, że to Gośka skończy źle, otóż zaskoczyło mnie zakończenie i to, kto się tam, że tak powiem, skończył. Na pewno obejrzę to jeszcze raz, jeżeli gdzieś będzie wersja dostępna z audiodeskrypcją, byle nie tą śmieszną netfliksowską, gdzie ściszają film na poczet lektora ad, bo będzie to chyba ciężkie w wypadku tego filmu. Tomasz Schuchard zdecydowanie nie pasował, osobiście dla mnie do roli przemocowca, kurwującego i lejącego, ponieważ jego głos, jest dla mnie… No taki pan do przytulenia, do zapytania o numer tramwaju, czy poproszenia o inną pomoc. 😀 ale wiadomo, widząca plaga na wygląd patrzy, a jak sam szuszu mawia, że ma po prostu taką mordę 😀 i nawet czasem dresiarze do niego podbijają.
Nie wiem kogo widziałabym zamiast Tomasza w roli Grześka. No może oprócz Adama Woronowicza, który z głosu totalnie mi pasuje i totalnie przeraziłby mnie, totalnie nie lubię tego aktora, chociaż to podobno bardzo ciepły człowiek. 😛 ale na pewno nie Tomka. Nawiasem mówiąc, Tomasz zmagał się i pewnie zmaga nadal, z tymi samymi problemami co mój osobisty mąż, więc gdzieś tam fajnie było mi się w cudzysłowie do tego aktora zbliżyć i trochę mnie napełnia otuchą, że skoro znany aktor daje radę, ma niełatwą pracę, która go dodatkowo naraża na czynniki stresowe, lękowe, na pewno jednym z takich czynników był ten film, to my też damy radę. Jedno co szczerze mogę powiedzieć o tym filmie, właściwie to dwie rzeczy. Czy jest dobrze zrobiony, nie wiem… To każdy powinien ocenić według siebie. Natomiast czy było tam coś, co nie może mi wyjść z głowy, co mnie zszokowało, że niby nie wiem, że takie rzeczy się dzieją, że niby dopiero takie filmy ludzi rozjeżdżają, robią wrażenie, och, ach, w żadnym razie. Poszłam na ten film żeby się dowiedzieć, czy pokazali coś, co w moim domu się nie działo i tu znowu, pan Tomasz musi zostać zacytowany: „widziałem gorsze rzeczy”. Prawda. Z tą różnicą, że w przeciwieństwie do tego co pokazywał film, w naszej rodzinie nikt nie próbował od tego uciekać, nie było procesów sądowych, kto ofiara, a kto kat. To się po prostu działo, degenerowało rodzinę od pokoleń i robi to nadal, tylko dzisiaj bardziej, rzekłabym, uzależnieniowo/nałogowo niż przemocowo, ale cóż, czasy się zmieniają. Pewnie też znowu dzięki temu filmowi wysnułam kolejne wnioski potrzebne do mojej psychoterapii, skąd z kolei we mnie tyle nieprzepracowanych lęków, jakichś możliwe traum, brak umiejętności walki z toksycznymi ludźmi, więc to na pewno dla mnie plus tego filmu, chociaż pewnie i bez niego dokopałabym się do tej wiedzy w swojej podświadomości.
Z| dobrych nowin, mężuś czuje się naprawdę dobrze. Widać efekty w trzecim tygodniu escitalopramowania, wzięliśmy się konkretnie za zdrowe jedzenie. Pasta jajeczna, pasta z makreli i pasta z awokado w tym tygodniu, wędlinka, ogóreczki, pomidorki, sałata na kanapeczkach, na pewno podniosły witaminke b12 do góry. Nie wiem czy pisałam, ale pewnie nie, bo za dużo tego wszystkiego naraz, skąd ten drastyczny spadek b12. Otóż, przez alugastrin, który szanowny małżonek popijał kilka razy na dzień, niczym wodę źródlaną, w związku ze swoją niedomykalnością zastawki przełyku, powodowaną nieodwracalną krzywizną kręgosłupa, która to spowodowana jest chemią w związku z retinoblastomą za dziecięcia owego mężęcia. Alugastrin tak sobie spożywał, jakieś dwa lata, szczęście, że nie rozwalił sobie nereczek na przykład. Alugastrin to starszy lek zobojętniający kwas żołądkowy, który przy częstym lub długotrwałym stosowaniu podnosi pH żołądka i przez to może znacząco zaburzać wchłanianie witamin z grupy B (zwłaszcza B12), a także minerałów takich jak żelazo, cynk, magnez czy fosforany.
Inhibitory pompy protonowej (IPP) — jak omeprazol czy pantoprazol — działają silniej i dłużej, całkowicie hamując produkcję kwasu, dlatego przy przewlekłym stosowaniu jeszcze bardziej zwiększają ryzyko niedoborów witamin i minerałów. Niestety taki jest efekt, kiedy stosuje się leki bez recepty, bez konsultacji z lekarzem, farmaceutą, i o to lek niewłaściwie stosowany, zagroził może nie życiu, lecz zdrowiu. Mamy tu również powyższy dowód na to, że najlepszym lekarzem, często dla siebie musisz być ty sam, nie znając się na medycynie, w krótkim czasie musisz się trochę na niej poznać. W sumie to wychodzi na to, że musisz w szukanie przyczyny nagłego pogorszenia się stanu zdrowia współmałżonka, czy kogo tam masz, połączyć następujące umiejętności:
– czytanie ze zrozumieniem bez posiadania jakichkolwiek studiów medycznych, poza nieukończonym studium masażu, albo ukończonym w tym kierunku technikum, w przypadku cierpiącego powyższego, z metra ciętego, xd, gównianych serialach medycznych, coś tam czasem wszak można z nich wychwycić.
– Umiejętność detektywa, tutaj mogą cię wspomóc na przykład, kryminalne zagadki Sandomierza, tvnowscy detektywi, albo ja wiem? Pełno tego pewnie jest, plus kojarzenie i łączenie faktów podczas przekopywania się przez ulotki zażywanych przez ciebie, czy tam kogoś z twoich bliskich leków, a często wiele działań niepożądanych się w wielu ulotkach powtarza, więc sobie wybierz,, zapisz, odrzuć, co chcesz, biorąc oczywiście pod uwagę najprawdopodobniejsze w związku ze zgłaszanymi objawami już od dawna, które również są wymieniane jako działania nieporządane większości tych leków.
– Umiejętność oceniania pracy lekarzy/porównywania wyników badań/co znaczy ogólnie to pojęcie lub tamto, czasem też niewątpliwie ocena wieku tych lekarzy, w twojej przychodni, a ta ostatnia umiejętność w połączeniu z pozostałymi dwiema, daje ci rozwiązanie zagadki, kiedy je ogłosisz, na jakiejś wizycie lekarskiej w postaci: Proszę pani, bo generalnie to ja od dwóch lat biorę alugastrin, tak po każdym posiłku, no i dodatkowo w wynikach zleconych przez poprzedniego lekarza wyszła anemia, a pani neurolog kazała uzupełnić b12, to otrzymujesz następujący efekt. Dokładnie taki sam, jak wściekłość Nowaka, że Kowalski był pierwszy z rozwiązaniem tego doświadczenia chemicznego: Coooo? To pan tyle czasu używał alugastrinu? No to szczęście, że pan nerek nie uszkodził, cud po prostu. Przecież pan sobie całkiem wchłanianie witamin zaburzył tyle czasu, panie drogi. Paaaanie, toż to lek starej daty, dzisiaj się już inne leki na takie przewlekłe zgagi stosuje.
Leki przyjmowane na stałe zawsze podawane są w każdym wywiadzie, podczas każdej wizyty u lekarza, w karcie medycznej zapisując się do przychodni, w związku z tym, stąd moje permanentne oburzenie, że ci starsi panowie i panie, które tam pracują, nie wiadomo po co tam pracują. Właściwie, wiadomo, bo nikt już nigdzie nie chce tych starych dinozaurów, którzy zamiast zapobiegać, wolą leczyć, w dodatku nie wiadomo na co, a na pewno nikt nie szuka przyczyny, prawidłowej, złego stanu zdrowia. Szukaliśmy jej razem z Michałem, bo nie przemawiał do mnie argument, na pewno nie do końca, że to wszystko tak się nawarstwiło, ten pogrzeb, nowe miasto, psy, najpierw Elmo, teraz Reya, nowa Rutyna, depresyjne myśli, że tak ciężko o tą niezależność, o tą większą samodzielność. Jestem skłonna uwierzyć, że jest to czynnik nasilający, ale nigdy nie było tak źle, a mam wrażenie, że większe presje z Malborka przeszły u Michała bez echa. Teraz jest naprawdę dobrze, mam wrażenie, że wrócił do stanu sprzed epizodu, żałuję tylko, że najpierw nie spróbowaliśmy uzupełnić tych witamin, a jeśli to by nie pomogło, to dopiero skonsultować się z psychiatrą w celu escitalopramowania. No nic, ale myślę, że warto o tym mówić/pisać, bo może komuś to kiedyś pomoże, może ktoś w progu z tą samą sytuacją/problemem stanie, a bliżej jest rozwiązanie.
Może złe wrażenie odnoszę, może źle to ujmę, ale na pewno nie chciałabym nikogo tym stwierdzeniem skrzywdzić/ubliżyć/wątpić, że w wielu przypadkach jest ono słuszne, ale mam wrażenie, że dzisiaj to po prostu moda jest na depresję, na psychoterapie/farmakoterapię, na diagnozowanie samego siebie z psychoterapeutami, psychiatrami, psycho wszystko z youtuba, tiktoka, że dzisiaj wszystko psychiką złamaną próbuje się tłumaczyć sobie i światu. Z jednej strony obserwuję takie coś: Czujesz się zmęczony, nerwowy, nie chodzisz do kina, ze znajomymi na imprezy, nie wyłazisz z wyra, idź do lekarza, bo na pewno masz depresję, wszyscy ją dzisiaj mają, więc ty pewnie też, bo co to może być innego? w sumie nawet ci na rękę, dzisiaj człowiek jak coś ma to czuje się ważniejszy, wyższy z tą przypadłością. Nie musi być miły w sklepie, w ogóle nic nie musi, brać leki musi, na pewno zrobią całą robotę, głową pracować nie trzeba. Badań sobie zrobić podstawowych, i na witaminki, nieee, tego nikt nie poleca, na pewno masz depresję. Może jesteś leniwy, boisz się żyć jak normalni ludzie, ale do tego nie przyznasz się przecież przed światem. Lepiej mieć tą depresję, co nie? Lepiej samemu sobie wmawiać, że na coś się leczyć trzeba i w końcu będzie dobrze. Z drugiej strony Brakuje tej rozmowy między ludźmi, brakuje tego wzajemnego wsparcia w rodzinach. Piję, bo u mnie pili, mam zły wzorzec i pewnie dlatego nie umiem z tego wyjść. Pijesz, no to rozwodzimy się, nie ma nawet opcji, że zostanę z alkoholikiem, że porozmawiamy co zrobić, żebyś przestał, że pójdę z tobą na terapię, że będę cię wspierać. Masz problem, to idź swoją drogą. Staramy się o dziecko, no dobra, nie wiem gdzie leży problem, rób sobie wszystkie badania, których tam potrzebujesz, ale jeździj sama po tych klinikach, bo wiesz, ktoś na te dzieci musi pracować, jak już się w końcu pojawią, i na ten dom, co go budujemy. Tak mi się zdaje, że kiedyś było wprost odwrotnie – tylko nie mów nikomu, nie pokazuj, że cię ojciec leje, albo że u ciebie matka z ojcem chleją, bo to wstyd, wszyscy widzą, że odbiera cię ze szkoły ewidentnie po butelce wypitej gdzieś tak trzy czwarte z litra, wiedzą, że jak cię nie ma tygodniami w szkole, to pewnie nie było komu cię do tej szkoły zaprowadzić, ale żadna władza w szkole nic z tym nie robi, czas leci, żadni sąsiedzi nie dzwonią na policje, jak się straszne dźwięki z domu wydobywają. No i teraz co, jak to naprawić w dorosłości? No idź to przepracować, teraz można, bo wszyscy chodzą, w końcu. Tak to dzisiaj w wielu przypadkach z obserwacji moich wygląda. Pod Powyższe przykłady można sobie podstawić co tam się chce, dołożyć inne, dlatego tak się bardzo cieszę, że my jednak o swoich problemach rozmawiamy otwarcie i że szukamy wzajemnie rozwiązań, które nam na przyszłość zaprocentują, muszą, bo w końcu czas najwyższy na potomstwo, a potomstwo wychować już trudniej niż zwierze, jak brutalny to przykład by nie był, ale wtedy czasu nie będzie na pieprzenie w stylu: nie pójdziemy do lekarza, bo mamusia się po prostu boi samodzielnie chodzić. 😛 i nie ma co z tym zwlekać, bo zegar tyka, więc brać dupę w kupę i do roboty! Główka pracuje. Tak sobie wymyśliłam, że od nowego roku, jak tylko wrócę do domu ze świąt, żeby mieć poczucie kogoś, że ktoś ze mną idzie i może przestać się fiksować, że się zgubię, będę brała nagrywacza i do niego gadała, może akurat jakiś fajny głosowy wpis po kilku takich wyjściach się z tego uzorguje. Dzisiaj to chyba wręcz jest na topie mówienie publicznie o złej przeszłości i w sumie, z jednej strony mnie osobiście to cieszy, bo to pomaga. Nie ten co o złej przeszłości mówi publicznie czy do psychoterapeuty ma czuć wstyd, tylko jego oprawcy, wiadomo. Na ile swoje lęki, traumy, można przeszłością usprawiedliwiać, a na ile brak w ich zwalczaniu to zwyczajne lenistwo poniekąd, brzydkie przyzwyczajenia z okresu, że zawsze ktoś jest, zawsze pomoże, po co się wysilać, tego trzeba będzie się dopiero dowiedzieć. No i oczywiście, muszę sobie wiele rzeczy przekalibrować, przewartościować, żeby stworzyć sobie bezpieczny świat, z jednej strony chciałabym żyć, jak każdy normalny człowiek, ale zdawać sobie sprawę z utrudnień wynikających jednak z tej niepełnosprawności i z tego, że nigdy nie dojdę do momentu, w którym w jakimś procencie, osoba widząca nie będzie mi potrzebna, bo zawsze będzie. Trochę ciężko to zrobić, bo ostatnio wokół nas, sami wspaniali, samodzielni, wręcz idealni, super bohaterowie niewidomi. O, na ten przykład, nie dalej jak w sierpniu, moja znajoma, która to z kolei ze swoją znajomą, wpadła do nas w odwiedziny na kilka dni, zapoznała mnie z taką niewidomą bohaterką, o której wypowiada się w większych superlatywach niż o mnie samej, a uważa mnie za swoją przyjaciółkę, zresztą… Ciężko byłoby znaleźć, kogo nie uważa, bardzo płytka i płaska jest u niej definicja przyjaźni, albo dziwnych ma przyjaciół. Dla mnie jest to po prostu dobra koleżanka. Wracając do meritum, owa niewidoma, wspaniale śpiewa, nurkuje w koralowcach, wspina się na szczyty gór, o których ja nie słyszałam pewnie, ale Geografia/orientacja na mapach, przestrzenna, prawie każda jest mi niezbyt bliska. Śpiewa, pisze wiersze, masuje, szydełkuje, gotuje tak, że tylko czekać aż jakiś polsat wpadnie na stworzenie programu jak gotują niewidomi i ona go wygra. Ach, zapomniałabym, że piecze wspaniałe ciasta. Tylko trochę z kulturą u tej pani kiepsko, zresztą u jej przyjaciółki też, bo jak tylko się na dworcu zobaczyły, to zaczęły się ściskać, całować, opowiadać sobie to i owo, ale o nas, jakby trochę, zapomniały. Warto dodać, że z tego dworca wydostała się z pomocą iluś ludzi. Przed kawiarnią, kiedy tak zastanawialiśmy się, wejść, nie wejść, a co oni tam w ogóle mają, rzuciła się do ataku, jak strażak sam w ogień, boooże, nie możecie się zdecydować, do rana będziemy tak stać, ja pójdę po kartę! W tej chwili tam idę, bo naprawdę, ile można! Byłaby dzielna poszła, ale została powstrzymana, a my dalej nie zostaliśmy sobie przedstawieni. Za to pouczeni, w trakcie rozmowy o asyście na dworcu w Tarnowie, że po co ją brać, ten dworzec jest prosty, powinniśmy częściej z niego korzystać, nieważne że nie mamy potrzeby jeździć codziennie. Tyle dialogu za nami, a przedstawiono nas sobie dopiero przy stoliku w oczekiwaniu na obiadek. Krótkie pytanie w moją stronę: czym się zajmujesz? I odpowiedź, zgodna zresztą z tym, co mam wpisane w umowie o pracę: Jestem analitykiem internetowym okazała się zbyt skomplikowana, bo cóż to dokładnie oznacza, w jej czasach taki zawód nie istniał. Haaa, prawda, brzmi to tak, jakbym miała przynajmniej cztery kierunki studiów i pięknie by mnie Ibisz zapowiedział w awanturze o kasę, xd. No ale okazaliśmy się na tyle nieinteresujący z tym, że nie znamy swojego miasta mimo że spotkaliśmy się w sierpniu, a wprowadziliśmy się w czerwcu, no jak to, dlaczego nie poznajemy miasta na własną rękę, dlaczego się nie gubimy, nic tak nie uczy i nie znajduje człowieka jak gubienie, to akurat prawda, a ciemniejsza strona medalu, że odwagę na to mają tylko 4 osoby, które znam w praktyce, nie w teorii. Bielsko-biała i pyszne placki w jednej z restauracji zostały wręcz z ironią wyśmiane, pojechać do Bielska białej na placki? Phiii, no nie każdy lubi szlajać się po klubach i zwiedzać też nie każdy lubi, mnie historie i zabytkowe miejsca miast nie, in, te, re, su, ją, amen. W związku z tym, w ogóle przestaliśmy być dla niej rozmówcami, bo wybrała ostatecznie na całą resztę swoją przyjaciółkę, do szeptanek na uszko, w towarzystwie. Co na uszko, to na uszko, poza głośną dysputą, gdzie to ze swoim widzącym partnerem fotografem, samodzielna niewidoma się nie wybrała, czego wspólnie nie upiekli, nie ugotowali, ot samodzielność. Wróciliśmy z tego spotkania samodzielnie szybciej, niż to wymagało. Moja znajoma od razu stwierdziła, że przecież na pewno sobie poradzimy, duzi jesteśmy, bo ona musi odprowadzić swoją przyjaciółkę potem na dworzec, żeby bezpiecznie dotarła do dworca, do domku, co skwitowała słowami: No dokładnie. Wbrew wszystkiemu, dobrze się stało, tak w ogóle powinno być. Gdybym mogła codziennie chodzić na jakiś basen, siłownię, rehabilitację, gdzieś, gdzie trzeba po prostu być, to by na pewno dużo dało, bo niebyłoby, jakby to powiedzieć, wyjścia. Wtedy, kiedy wracaliśmy z tego dziwnego spotkania, zgubiliśmy się po drodze strasznie, co mnie osobiście w ogóle nie zestresowało, bo właśnie znalazłam ludzi, którzy nam pomogli i z jednej strony byłam dumna, że nie mam takiej wybujałej fantazji o tym czego to nie robię, w dodatku jak się okazuje rękami widzącego, z drugiej strony byłam wściekła, bo jeszcze kilka osób bym takich znalazła i nie rozumiem, po co tak robić? Co to daje? Umoralnianie innych czego to nie powinieneś, co to źle nie robisz tylko po to, żeby się potem okazało, że zamawiasz z glovo, jeździsz taksówką albo łazisz z widzącym wszędzie. Z drugiej strony, trochę byłam zła, że nie umieliśmy sobie poradzić tak sami sami, bo niby wiem, że większość, co tak o tej samodzielności du mnie po mediach pisze i ją pokazuje, to tylko pisze i pokazuje, no dobra, oprócz Kazimierza, Żywka i Tomeckiego i Pitefa, u których to panów na własne, ślepe oczy widziałam, widzę, że sobie fajnie radzą i do takiego radzenia chciałabym dążyć, chociaż nie wiem, czy z tym to jednak nie trzeba się urodzić, :D. A z drugiej strony, no kurde, naprawdę tak się nie da? Może jednak my tak będziemy potrafić. No i potem spirala się nakręca, oczekiwania są wyższe niż możliwości, motywacja idzie w dół, trochę włącza się lenistwo, trochę włącza się izolowanie od ludzi, bo przecież skoro wszyscy tak sobie radzą, to nie ma sensu z nikim rozmawiać, bo i o czym. U innych tyle się dzieje, u ciebie rutyna, chcesz zmienić, urozmaicić, ale nie potrafisz/boisz się/nie wiesz jak, więc lepiej z nikim nie rozmawiać. No chyba, że się zacznie coś lepiej dziać, masz z czym wyjść do ludzi, to wtedy tak. Póki życie wyglądało tylko zza książek, seriali i durnych gier internetowych, też nie znosiłam rozmów z nauczycielami spotkanymi na ulicy, albo kimś fajnym, z kim być może zależałoby mi na kontakcie, ale co niby miałabym odpowiedzieć na pytanie, co u ciebie? Jak żyjesz? Co robisz na co dzień? Wszystko się zmieniło w momencie wydostania się z domu złego/dobrego, kiedy razem zamieszkaliśmy z Michałem, kiedy się poczułam stabilnie, bezpiecznie i poczułam, że mam wreszcie coś do powiedzenia. No, uczę się samodzielnego życia, mam kochającego narzeczonego/męża, kupiliśmy mieszkanie, mam fajną pracę. Niby zwyczajna, ludzka rzecz, bo każdy dzisiaj w iluś procentach tak żyje, ale w przypadku moim i pewnie wielu takich się znajdzie, podwyższa to obcasy. Nie sądzę, żeby napisanie matury, plus ukończenie wielu kierunków studiów dało mi ten rodzaj dumy, który mi towarzyszy, kiedy mam chociaż na razie tylko rąbek, ale tej zwyczajności, o którym osobiście marzę. No i żeby nie było, bo ja nie neguję tego, że szkoły trzeba kończyć z wyróżnieniami, studia, że nic nie dają i po co się uczyć, ja po prostu nie mam do tego predyspozycji i to nigdy nie dałoby mi szczęścia, ile ludzi tyle odmienności.
To chyba tyle z tego, co tak mnie na dzisiaj zebrało na pisanie. Michaś testuje swój rejestrator, ja czekam na swojego nowego iphonea i tak sądzimy, że znowu głosowe wpisy się pojawiać będą. Pozdrawiamy.
Pół roku w wielkim skrócie.
Ciężko, wiecie, jest naprawdę ciężko wrócić do długiego pisania, po długiej przerwie. Z jednej strony, pisanie to fajna forma czegoś w rodzaju psychoterapii, z drugiej, nie wiem, czy to dobre miejsce na dzielenie się tym wszystkim jak dawniej to bywało. Po prostu nie wiem czy tak jeszcze potrafię, chociaż może nawet i bym chciała, bo wypisać się to trochę tak jakby się wygadać, dawniej mi to bardzo pomagało.
Od czego by tu zacząć streszczenie tego pół roku mieszkania w Tarnowie, żeby tak nie było tylko na smutno. Dwie rzeczy, które najbardziej ubóstwiam w całym mieszkaniu? Oczywiście duża wanna i nasze małżeńskie łoże. Bynajmniej wcale nie za to, do czego ono służy każdemu małżeństwu, które je posiada, nawet nie za to je ubóstwiam, że komfort spania, że dużo miejsca, że wielka kołdra, która choćby miała 5 metrów, to i tak się w nią owinę i mężuś zostanie bez niczego. To łóżko, ten mebel, był obiektem mojego pożądania całe moje dotychczasowe życie, bardziej niż ekspres, ale nie bardziej niż mąż, żeby tam znowu nie było. Dopiero wziąwszy pod uwagę ten fakt, że ono jest, stoi tu, można dodać do tego kolejne fakciki, że jest naprrrawdę wygodne, mało kiedy chce się z niego wychodzić o 6 nad ranem na spacerek z Reyeczką, zdarzają się popołudniowe drzemki po pracy. No tylko w tej przestrzeni często ciężko o naszą ulubioną pozycję miłosną, mianowicie na dwa misie – dupcia do dupci, i śpi się, 😛 ale nie można mieć cukierka i zjeść cukierka. 😀 Samo wybieranie materaca to był jakiś kosmos, siadanie, wstawanie, siadanie, leżenie, może ten, nie, jednak tamten, ach kurrrde, sama już nie wiem, one chyba wszystkie takie same po tylu godzinach.
Następna rzecz, to wanna. Początkowo chciałam dobrać na tą wannę te nastawiane drzwi, bo wydawała mi się dziwnie płytka i niska przez to, że jest głęboko osadzona, ba, na prezentacji mieszkania korzystając z łazienki nieomal pomyliłam ją z toaletą xd, błogosławiona ta moja czujność i chęć do dokładnego zmacania czasami. Jednak perspektywa wanny pełnej wody, z różnymi płynami, solami, kulami, cudami do kąpieli, których u mnie nigdy za dużo, a kąpiel taką uwielbiam sobie robić w sobotę, bo mam czas na komfortowe zadbanie i relaks całego ciała, jest po prostu wspaniała!
No i uwaga, bo nie wiem czy to kiedyś pisałam w jakichś poprzednich wpisach, że nigdy zmywarki, że to dla leniwych, że od czegoś są ręce, i takie tam różne… Odszczekuję 😀 chociaż to nie jest rzecz, którą ubóstwiam, ale odczułam na pewno jakim jest zbawieniem w tym domu, w którym gotujemy jakoś dzięki temu rozwiązaniu znacznie więcej, a sprzątanie po obiedzie należy do przyjemniejszych. Zdecydowaliśmy się na model od bosha, jest obsługiwalny przyciskami i aplikacją. W sumie gdybyśmy o tym wiedzieli, to zapewne kupilibyśmy od nich też praleczkę i w ten sposób mielibyśmy dwa urządzenia w jednej apce, a tak… Pralka jest od whirpoola, z przyciskami, a i tak ustawić program 90 stopni, żeby ją czasem wygotować, bez oczka jakoś się nie da.
Suszarka bębnowa na pranie od lg, chyba ten sam model, który kiedyś Tomecki prezentował w tyflo podcaście. Nie ma balkonu, a chociaż grzanie z miasta i dodatkowo ryczałtem, mieszkanie do tych o wyjątkowo suchym powietrzu należące, że kopiemy się w tym zimowym okresie prądem, to suszarka pomimo wszystkich jej wad, że coś tam się czasem skurczy, coś tam się w końcu wytrze, wydrze, wytrąci, sprzęt choć drogi, wart swej ceny, doszliśmy do wniosku.
Nooo, i kolejny zakup do odszczekania, w zasadzie, to chyba kupiliśmy tak z okazji trochę widzi nam się, a zobaczmy jak to będzie, kupiliśmy roombę 705. Generalnie, jak zobaczyłam po raz pierwszy to ustrojstwo, jak to wymacałam, a w szczególności coś, co szumnie w instrukcji i w ogóle nazywa się szczotkami bocznymi chyba, co wygląda jak zwitek żyłki do wędkowania moim zdaniem, to miałam takie, żeee, eeeee? To coś naprawdę mi posprząta, tym czymś chatę i będę zadowolona, eeee, noooo chhyba nnnie. No ale… Ale… Jednak tak. Mało tego, w końcu znalazł się ktoś, kto sprząta lepiej ode mnie, kiedy robię to naszym pionowym dreamym. No i okazało się, że dzięki temu, że Grażyna została z nami na stałe i się zadomowiła, plecy bolą mnie zdecydowanie mniej, bo zostało mi tylko zmopować te 59 metrów, odkurzanie odpada, moje plecy mi baaaardzo dziękują. Aczkolwiek wszystko to, jaki efekt sprzątalnictwa grażka osiąga zależy od tego, ile razy w tygodniu się ją o to prosi, od pogody, od tego, że teraz jest Reya, ale generalnie, jestem bardzo zadowolona, a tam gdzie nie wjedzie, we wszelkie rogi, kąty i do łazienki, bo jest za wysoko, poprawiam dreamym i uważam, że jest baaaaardzo fajnie.
Kolejnym ze sprzętów z serii, bajer, bo fajnie by było mieć, nie wiadomo po co, bo mało się korzysta, ale trzeba mieć, jest kostkarka do lodu, również od mpm. Fajnie jest się napić zimniuśkiego soczku z wodą, albo samego zimnego soczku. Kostkarka ma możliwość zrobienia 12 kg lodu na dobę, a my zazwyczaj robimy go faktycznie dużo naraz, chowamy do pojemnika, wykorzystujemy kosteczki, potem robimy następne i tak wkoło. No więc kostkarka to też spoko zakup, chociaż nie sądzę, że dojdziemy kiedyś do momentu, kiedy zrobi te 12 kilo.
Air fryrer, który wielu już mi polecało, chyba nawet u Kat na blogu obczaiłam najpierw, też go zmieniliśmy, a lidlowy silwer crest, czeka na dobrego człowieka, któremu może się przyda, bo nadal jest sprawny.
Jeśli chodzi o umeblowanie, to też już skompletowaliśmy je w całości bodaj w czerwcu. W przyszłym roku pozostaje nam tylko zrobić kapitalny remont tego naszego metrażu, a konkretnie, instalacja elektryczna do wymiany w całym domu, oprócz kuchni, bo w kuchni mamy już zrobioną przez brata i świętej pamięci szwagra. No ale, zastanowię się nad płytkami na ścianach i podłogowymi, czy nie wymienić. Parkiet w przedpokoju również nadaje się do wymiany, razem z ohydną, dziadowską boazerią do zerwania ze ścian, nie wliczając dywanu, który poprzedni właściciel na jednej ze ścian umieścił. W łazience hydraulika raczej też do wymiany, razem z pionami, choć piony to podobno nasza spółdzielnia powinna wymienić w ramach nie wiem czego, ale widząc ile nie możemy doprosić się o naprawę domofonu, to pewnie z tymi pionami będzie podobnie. Salon i sypialnia, to chyba najmniej pracy będą wymagały, bo parkiet w salonie jest bardzo ładnie zachowany, niedawno cyklinowany, ale ja znowu nie wiem, czy chciałabym go sobie zostawić, bo osobiście wolę panele, ściany w salonie też musiały być niedawno robione, bo są pokryte taką jakąś specjalną fakturą, nieprzyjemną w dotyku, ale ładną w wyglądzie. Tak czy inaczej, jak stara instalacja pójdzie w drzazgi, to te ściany pewnie od nowa będą potrzebowały zaprojektowania, a że nie mam wizji i się na tym kompletnie nie znam, no to… Nie wiem, zobaczymy. To samo jeśli chodzi o sypialnię, jeśli nie wliczać ego, że panele leżą najprawdopodobniej na parkiecie, nie wiem czy tak rzeczywiście jest, a jeśli tak, czy tak zostawić, czy jak robić to już robić. No w każdym razie, po pierwsze, trochę to zejdzie, po drugie, nie chcąc powtórzyć błędów towarzysza Kaźmirza, komu tu zaufać, po trzecie, trzeba będzie zdecydować, gdzie na ten czas wyemigrować i zostawić tu jakichś oczoużytkowników, strzeżonego, to wiadomo.
Jak z chodzeniem. No cóż… Na razie do przenoszenia gór jeszcze daleko, oooj, baaardzo daleko. Przez pierwszy miesiąc, szanowna teściowa, uczyła nas tras do sklepów, na przystanki autobusowe. To się udało,nawet pani Jola, która naucza orientacji przestrzennej i jest stąd stwierdziła, że sama lepiej by nas nie nauczyła/nie pokazała, a i ja muszę przyznać, że w tym akurat teściowa bardzo fajnie się sprawiła. Okolicę tu mamy bardzo fajną, cichą, ptasią, zadrzewioną, kasztanami i orzechami najwięcej. Pomimo stadionu żużlowego, który w lato robi trochę hałasu, ale mnie to jakoś nie przeszkadza, a azoty, czyli fabryka nawozów i ponoć od jakiegoś czasu również i materiałów wybuchowych, nie dają o sobie znać przykrymi zapachami, może dlatego, że tu tyle drzew, ale ponoć jakoś bardzo się zabezpieczają.
Na razie chyba jesteśmy na etapie, że daleko nam do super bohaterstwa typu, dzisiaj pojedziemy sobie do centrum, z nawigacją, znajdziemy tą fajną restaurację i spróbujemy, co tam dobrego dają, albo, pójdźmy gdzieś, zgubmy się i znajdźmy jakoś, ot tak se. Albo, spróbujmy już sami pojechać do tego lekarza, albo, spróbujmy bardziej wyjść do ludzi, może ktoś umówi się z nami na spacer, albo kawę, albo, poprośmy sąsiada, czy w tym zasypanym czasie, pójdzie z nami gdzieś tam. Na razie, bardzo boimy się wyjść ze znanej strefy komfortu i pójść o krok do przodu, poruszamy się raczej tylko tam, gdzie znamy, ogarniamy dom, pracę i chyba to nas najbardziej dobijało w ostatnim czasie. Plany był przecież zgoła inne, zamieszkać w większym mieście, żeby iść do tego teatru, do nieznanych miejsc, tak z dupy, właśnie z powodu widzi mi się, nie wisieć tak na widzących. Taki był plan i nadal taki jest. Wiemy, że psychika ludzka jest tak zbudowana, nie inaczej, że nie da się wszystkiego od razu i naraz, ale wiemy też, że od czegoś trzeba zacząć. Najpewniej od psychoterapii, to jeśli chodzi o jakiekolwiek w ogóle samodzielne wychodzenie moje. Tu problem jest bardziej złożony i sama sobie z nim nie poradzę, potrzebuję pomocy i to więcej niż pewne. Raz, że boję się samodzielności na znanych trasach, bo źle słyszę i potrafiłam władować się na pasy, będąc pewną, że nic, absolutnie nic nie jedzie, a po mojej lewej i prawej stronie, jak szalone hamowały samochody, no więc blokada się zaciska. Z jednej strony, nie mam problemów prosić o pomoc, kiedy się zgubię, dla mnie to pestka. Właściwie działa to tak, że nie panikuje, ale też nie szukam rozwiązania, dlaczego się zgubiłam, gdzie popełniłam błąd, nie próbuję się odnaleźć na własną rękę, tylko od razu szukam tego kontaktu z człowiekiem i to w ogóle mnie nie stresuje. Przeraża mnie tylko fakt, że znowu czegoś nie usłyszę, fiksuję się na tym, że na pewno się zgubię, chociaż z jednej strony to nie problem, bo tak czy siak, ktoś mi pomoże, a jednak problem, koło się zamyka. Tak samo w tą dalszą stronę, chcę iść do przodu, bo chcę w końcu zacząć sama, do kosmetyczki, do fryzjera, do lekarza, bez strachu, że o boże, bo to kontakt z ludźmi, a skąd ja będę wiedziała, że to już moja kolej, że ktoś do mnie mówi, że się zgubię w którąś stronę. Fajnie by autobusikiem pojechać, wyjechać wcześniej, żeby się ewentualnie zgubić, ale w ogóle, zmienić to myślenie, na więcej pozytywniejsze, albo na jakieś takie wyluzowane, będzie co będzie, ale żyć trzeba, taki był zamysł przeprowadzając się do większego miasta, które w gruncie rzeczy, oferuje sobą dużo więcej niż moje rodzinne miasto, tylko trzeba wyciągnąć tą rękę. Wiem, że trzeba, wiem, że chcę, tylko nie sądziłam, że to się okaże takie trudne i potrzebuję takiej pomocy, która mi przełączy ten przełącznik w głowie, ten radioodbiornik ustawi na odpowiednie fale. Będzie to trudne, na pewno, bo niełatwo jest nadrobić 30 lat życia w klatce, z niewielkim poziomem nauki orientacji, ze znikomym z nią obyciem, coś tam się wie, coś tam się doświadczyło, ale jak się okazuje, żeby jeszcze coś więcej, to trzeba kogoś do pomocy w pracy nad lękiem, stresem i tak dalej. Podświadomie sądziłam, że w Malborku tego unikam, bo sporo ludzi mnie tam zna, że na przykład, pójdę do sklepu i kupię sobie piwo, a baba w sklepie będzie wiedziała, że to ta niewidoma, co znam jej brata i siostrę, ona śpiewa tu i tam. No i niby wiem, że przecież kurde, nie ma nic złego w tym, że człowiek sobie radzi, czy że wypije sobie piwo, czy no nie wiem, cokolwiek raz na czas, ludzka rzecz, a jednak, nie wiedziałam, jak to w głowie przestawić i tłumaczyłam sobie, że to od miasta zależało. Tu mnie przecież nikt nie zna, a nadal mam z tym ten sam problem, boję się interakcji z człowiekiem, chociaż rozmowna przecież jestem. Zamiast mi się poprawiać, to mi się pogłębia, aczkolwiek w obliczu ostatnich nerwicowych doświadczeń stwierdzam, że najpierw spróbuję nad sobą popracować siłą woli, perswazji, zanim psychoterapia po nowym roku. Muszę coś zrobić, bo czuję się ze sobą naprawdę paskudnie, dodatkowo chciałabym znaleźć tu jakieś fajne, bratnie dusze w tym Tarnowie, żeby tak z kimś na basen, siłownię, kawusię, na tańce, na spacer, do kina, teatru, od czasu do czasu chociaż, żeby nie tak tylko sama, jak już do tego dojdzie, że w końcu się odważę. Trochę sami wdupiliśmy się w tym roku na tą depresyjną minę, bo od czerwca zawsze ktoś tu z nami jest, mimo wszystko. W teorii i w praktyce, no bo trzeba zobaczyć to nasze mieszkanko, a i tak jeszcze nie wszyscy byli, a jak zostajemy sami, to najbezpieczniej w tej strefie komfortu, praca, dom, zakupki, najbezpieczniej i najsmutniej. No ale przyrzekliśmy sobie, że od nowego roku bierzemy się ostro za swoje lęki, niepokoje, za walkę o ludzką normalność, żeby wkroczyła do naszego życia, bo po to się tu przeprowadziliśmy. W prawdzie ciężko będzie o jakąś aktywność sportową, czy wyjazdy na dłużej, bo jest Reya, nad jej lękiem separacyjnym pracować też musimy, bo na razie wyjście do sklepu na 15 minut jest ciężko osiągnąć, nie mówiąc o wyjściach wyżej wspomnianych, zawsze ktoś z nią zostaje, ale to akurat da się zrobić, samemu lub z behawiorystą. No więc proszę trzymać kciuki, proszę się modlić, czy jakie tam techniki uznajecie, żeby w człowieku silną wolę walki zbudować, bo wiem, że wszystko się da, wszystko jest proste i w internecie, ale na razie mi nie idzie. Klucz do sukcesu, to szczerość, głównie przed samym sobą, ale i tak ogólnie, pierwszy krok mam za sobą, chociaż sporo mi zajęło przemyśleń, zanim tak w prawdzie stanęłam i tak głęboko to wszystko sobie uświadomiłam. 😛
W tym roku również stosunkowo mało gdziekolwiek wyjeżdżaliśmy, byliśmy przez tydzień nad morzem, w takiej fajnej, małej miejscowości, w Skowronkach. Wszystko fajnie, tylko że to miejsce bardziej dla kolonii niż dorosłych i to w dodatku bez samochodu, bo do sklepu ileś tam kilometrów, na plażę chyba ze dwa, przez las, oczywiście byliśmy podpięci pod moich rodziców w czasie tych wakacji. Domki całkiem spoko, tylko w kwestii sprzątania to jednak miałabym dużo obiekcji, nie ma internetu, nie ma telewizji, tylko piłkarzyki i jakieś tam inne sposoby rozrywki dla dzieci. Aczkolwiek, mimo wszystko, całkiem było przyjemnie.
Swoją przygodę z czworonożnym pupilem zaczęliśmy od przygarnięcia rocznego maltańczyka o imieniu Elmo. Pani napisała, że jest grzeczny, nie widzi na jedno oko, w zasadzie to jej go szkoda, bo ma nową pracę i pies siedzi przez 10 godzin sam w domu, ale nic nie niszczy. Stwierdziliśmy, że to fajna opcja, bo ktoś zrobił całą robotę z nauką wychodzenia, teraz trzeba tylko odpowiednio o niego zadbać, karmić, bawić się, pilnować zdrowia i tak dalej. Zaniepokoić powinien mnie fakt, kiedy odebraliśmy psa, kompletnie zarośniętego, z karmą jedną z najtańszych i najgorszych, z krokietami nieodpowiednimi wielkością dla małego, czterokilogramowego psiaka, bo nie był w stanie ich nawet rozgryźć. Pani dostała pieska na urodziny, przez dłuższy czas wychowywał się z suczką shihtzu, ale ona ponoć jest już za tęczowym mostem. Potem pani zmieniła pracę i pies siedział w domu sam. Trochę to było dziwne, bo rozmawiałam przez telefon z jej córą, która wystawiała ogłoszenie, psa oddawała jej matka, która pod opieką miała jeszcze troje dzieci. Oddając Elmo, bez emocji, bez czułych pożegnań, po prostu, nie zadzwonili nawet drugiego dnia, jak pies się czuje, kompletnie nic. Natychmiast zajęliśmy się kompleksową odbudową psa, jeśli chodzi o konkretną karmę dla małych, białych ras, skłonnych do zacieków, elmoś jak one wszystkie, alergia na kurczaka i raczej ogólnie na drób, ale apetytu mu nie brakowało. Wylizywał miskę do cna, cokolwiek mu się wrzuciło, nie grymasił jak Reyeczka. Z początku wydawało się, że nie jest psem problemowym, zostawiliśmy go nawet dwukrotnie na 4 godziny, zostawał sam na 10, więc stwierdziliśmy, że i na 4 da radę. Ja oczywiście wpadłam w ferwor zakupowy, jak tylko do nas dołączył, zadbaliśmy o fryzjera, weterynarza, ogólnie pies przekochany. Z innymi psiakami trochę był ostrożny w interakcjach, nawet bojaźliwy, ale bardzo mądry. Starał się pilnować opiekuna, chociaż przez czas kiedy z nami był, zaliczył chyba ze 4 kąpiele, a był z nami tylko miesiąc. Szampony, odrzywki, spraye do rozczesywania kołtunków, specjalne szczotki, pasta i szczoteczka do zębów, przepracowaliśmy razem traumy do czesania, nauczyliśmy mycia ząbków, oczek, codziennie, choć do tego był baaaardzo cierpliwy i fryzjerka mogła przy nim robić 3 godziny, siedział jak zaklęty. Niestety głównym problemem, przez który musieliśmy mu znaleźć nową rodzinę, było nieustanne załatwianie się w domu. Z początku tego nie było, potem się nasiliło. Raczej tylko sikanie. Wiedząc, że zostawał sam w domu tyle godzin, żeby się przyzwyczaił do nas, wiedział, że będzie wychodził, że nie musi tyle czekać, biegaliśmy z nim jak ze szczeniakiem, co 2 godziny zwłaszcza, kiedy sikanie po domu się nasiliło. Nic to nie dało, ani płyn enzymatyczny do usuwania zapachu moczu, żeby nie wracał w te same miejsca, bo nigdy to nie był te same miejsca. Człowiek nie miał pewności, czy ten pies poszedł się napić czy zrobić gdzieś siku i w końcu szukanie miejsc, w których to zrobił, po 59 metrach na kolanach, stało się przykrym obowiązkiem całodniowym. Pewnie przez to, że wychodził tylko wtedy, kiedy poprzednia właścicielka miała czas, załatwianie się w domu potraktował jako opcję numer dwa, na równi z dworem, bo w tamtym domu było to widać normalne, widzącemu to raz dwa posprzątać, może tamtej pani to nie przeszkadzało. Nie mogliśmy reagować, wyprowadzać go z tego problemu, bo nie widzieliśmy momentu, w którym to robi. W tej sytuacji to chyba behawiorysta też by niewiele pomógł, bo potrzebny byłby ktoś na czas jakiś, przez czas jakiś, kto by go obserwował, a to nie było możliwe. Poszedł więc do nowej rodziny, mam nadal kontakt z jego panią, czasem nam pomaga, ostatnio to nawet umyć okna. Wymieniamy się rzeczami dla psiaków, dużo rozmawiamy przez telefon, ale nie zdecydowałam się po tym wszystkim na spotkanie z Maksem, bo zmieniła mu imię. Bardzo to przeżyliśmy, pierwszy raz w życiu brałam hydroksyzynę kiedy po niego przyjechała. Doszłam do siebie w miarę szybko, bo w tydzień czasu, wyrzucałam sobie, że za mało zrobiłam, że mogłam więcej, że może trzeba było sprowadzić tu kogoś widzącego, może wyszlibyśmy z tego problemu, no wiem, że mu tam dobrze, bo ma dwa inne psiaki do towarzystwa i Sylwia niebo dla nich ma otwarte. No i wtedy z ratunkiem i pomysłem przyszedł mój wspaniały mężuś, który stwierdził, że niech się dzieje co chce, ale ten dom bez psa już nie funkcjonuje i kupił 11 tygodniową Reyę, chociaż w hodowli nazywała się Dallas. Doszliśmy do wniosku, że co by się nie działo, z całym inwentarzem przykrych skutków szczeniakowych, ile by nam nie zajęła nauka czystości, nigdy nie oddamy już psa i nie poddamy się w tej kwestii z powodu trudności, wypróbujemy najpierw wszystkie inne rozwiązania, a jak nie pomogą, zaakceptujemy stan rzeczy jaki zostanie. Reya na szczęście w kwestii nauki czystości jest pojętna. Nigdy nie załatwiła się do łóżka w nocy, bo oczywiście w tym względzie nas omamiła w pierwszym tygodniu pobytu w naszym domu. Zawsze umiała sygnalizować, że chce zejść i biec na matę. Zdarzyło się tylko raz, że nie zdążyliśmy jej zdjąć z kanapy, kiedy piszczałą i o to prosiła, ale to z winy naszej. No i jak pisałam wczoraj, nauka nie idzie jej w las, mata pewnie jeszcze przez jakiś czas z nami zostanie, ale poza kilkoma wpadkami w salonie, jest ok. Kocham ją nad życie, ale czasem nadal czuję się jak wyrodna jakaś, że nie zatrzymaliśmy Elmo, a z drugiej strony wiem, że nie mieliśmy szans go z tego samodzielnie wyprowadzić, roczny pies, to tak mocno zakorzenionego nawyku nie da się tak łatwo. Z Sylwią mieszka już trzeci miesiąc, czwarty leci, a jeszcze mu się zdarza, chociaż dużo rzadziej podobno.
No i w ogólnym rozrachunku, to wszystko się tak nawarstwiło, strasznie strasznie nawarstwiło. Z jednej strony, zmiana miasta, brak znajomych, nauka nowych tras, nowa rutyna, wszystko nowe, pies jest, za chwilę go nie ma, potem przychodzi nowy, znowu nowa rutyna, szwagier umiera na udar krwotoczny, koniec ze spaniem do późnych godzin rannych, nowa praca, znikome działania w kwestii tego co sobie zamierzyliśmy, każdy w swojej głowie mierzy się z tym sam, mimo że rozmawiamy o tym otwarcie, wielokrotnie, zastanawiając się, jak walczyć, czy to na pewno była dobra decyzja. W międzyczasie robimy wszelkie badania, podstawowe i te bardziej wymagane, jak neurolog w moim przypadku, w sprawie podejrzenia epilepsji skroniowej, leczenia bezdechu sennego i chrapania, miał być jeszcze endokrynolog, dermatolog i kardiolog u Michasia, ale przeszkodził nam ten silny epizod nerwicowy. Jakby to nie zabrzmiało, daje mi to siłę do pracy nad sobą i walki ze sobą, bo teraz cała moja uwaga, wsparcie koncentruje się na Michale, dużo o tym czytam, słucham, akceptuję, uczę się tego, choć ostatnie dwa tygodnie były dla mnie prawdziwym matriksem. Znamy się już tyle lat, wiem, że zdarzały się sytuację, w których ze stresu nie mógł jeść, wymiotował i brał hydroksyzynę, to pomagało, ale nie było jeszcze takich sytuacji, że napięcie trzymało go nieustannie, ataki paniki pojawiały się nie wiadomo skąd, kiedy na przykład leżał na łóżku i to wystarczało. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kiedy przychodzi grypa, wiesz co podać, robi się komuś słabo, dajesz wodę, otwierasz okno, wiesz co robić, a w takim wypadku, w tak silnym rzucie, czułam się tak zagubiona, tak bezsilna, bezradna. Przez te ostatnie dwa tygodnie odwiedziliśmy tylu lekarzy, pobrali mu tyle krwi, że się obawialiśmy, czy coś w nim jeszcze tej krwi zostanie. Zaczęło się od wezwania pogotowia w pewną sobotnią noc, bo był atak paniki, puls 120, nie mogliśmy niczym go uspokoić i on sam miał wrażenie, że to arytmia, podobna do tej, która go złapała w roku 2021. Pogotowie przyjechało, podało mu leki, które mieliśmy w domu, hydroksyzynę, bisocard i kazali udać się do psychiatry. Przedtem miał dwukrotnie robione badania ogólne i z tych najostatniejszych wyników wyszło, że trochę wysoki cholesterol, lekka anemia, bo jak wiadomo, do warzyw i owoców zęby długie, ale nikogo nie zaniepokoił niski poziom witaminki b12, zaledwie 250. Niby normy laboratoryjne są od 148 do 900, ale wszelkie objawy niedoborów zaczęły się zgadzać, drżenia, zawroty głowy, problemy z jedzeniem, no i oczywiście główna przyczyna nasilenia nerwicy. Lekarz który konsultował wyniki przepisał tylko lek na cholesterol, ale nie podał jak właściwie jest wysoki, do tego antybiotyk na erytrocyty w moczu. Noooo i wiadomość o erytrocytach spowodowała uruchomienie wujka google, i wyszło… Nowotwór, no przecież to możliwe, bo już miałem retinoblastomę, a w nocy, atak paniki i pogotowie. Jak się potem okazało, nie wiadomo po co był ten antybiotyk, bo erytrocytów w mocz było tylko 3, bez sensu… No ale z tym psychiatrą posłuchaliśmy. Nerwica jest z nim przez całe życie, trzeba było z nią walczyć nie teraz, tylko dawniej, to na pewno, podłoże sięga do czasów dinozaurów, a na pewno dzieciństwa, a nieleczona nabiera rozpędu. Dostał antydepresant, który ma zacząć w przeciągu trzech, czterech tygodni. Zaraz po powrocie do domu go zażył, ale chociaż jest najłagodniejszym ze wszystkich podobno, i tak wywołuje przykre skutki, nasila brak apetytu, drżenia, przygnębienie, zmęczenie, osłabienie i kilka innych przykrych by się znalazło. Powolutku to mija, ale jutro mija też drugi tydzień jak zaczęła się farmakoterapia. Z początku po wizycie u psychiatry, te objawy z niejedzeniem, wymiotami nie ustępowały, więc jeszcze raz do ogólnego, opowiedzieć o wszystkim i poprosić o jakiś uspokajacz, wyciszacz, bo się chłop nam wykończy. Alprox, podobny do xanaxu, w połączeniu z escitalopramem dawał mu zjazd na cały dzień, chłopa nie było w domu, ale jedzenie się nie poprawiało. Spadł na wadze, więc jedziemy na SOR, i od nowa, pobieranie krwi, czy to na pewno to, skierowanie na badania, czy to z żołądkiem może coś nie tak, bo przyjmować takie silne leki, żeby nic nie działało? No ale niestety, wyszło, że to wszystko psychosomatyczne objawy, tabletka sama roboty nie zrobi, trzeba głową pracować. Najpierw poszły w ruch w domu nutri drinki, elektrolity, jedzenie zaczęło się z dnia na dzień poprawiać. Dziś jest naprawdę dobrze, metabolizm znowu ruszył, apetyt wraca, ale bez psychoterapii się nie obędzie. Dziwi mnie tylko, a może tak ma być, że idziesz do psychiatry pierwszy raz w życiu, pierwszy raz masz do czynienia z antydepresantem i następną wizytę masz za 3 miesiące? A jakaś kontrola pomiędzy, czy te leki to dobrze działają, zmniejszamy, zwiększamy, może dodajemy jakiś współdziałający, bo jak serotoninka idzie w górę, zanika dopaminka i inne chęci, ponoć często w takich wypadkach bierze się dwa. No nic, zobaczymy, poczekamy jeszcze dwa tygodnie, może warto skonsultować się albo prywatnie z innym, albo wrócić na własną rękę do tej, co escitalopram przepisała. Alprox poszedł w odstawkę, bo jest silnie uzależniającym benzodiazepinkiem, a kolejnego problemu Michał się boi, choć pani doktor, co mu alprox przepisała, a witaminy b12 przepisać na receptę, żeby podskoczyła chociaż do 600 nie chciała mówi, nie bój się pan leków, jak trzeba, bierz pan po dwie tabletki na ataki paniki w dzień.
Teraz robię mnóstwo pysznych rzeczy, żeby tą b12 podwyższyć. Zawitały pasty rybne, jajeczne z warzywkami, tatar z łososia sałatkowego, tatar wołowy, pasty z awokado, ryby w puszkach, które tak bardzo lubi. Pani neurolog, do której również został oddelegowany w celu kontroli jakąś tomografią, rezonansem, ponowotworowi powinni się tak co jakiś czas badać, poddała właśnie jako główną przyczynę nasilenia brak tej witaminy, osobiście skierowała na badanie w celu sprawdzenia d3, ale jak znam życie, wyjdzie równie mało. Magnez, żelazo, kwas foliowy w porządku, chociaż kwas też chyba coś za niski, ale to się nadrobi. Także tak się prezentuje nasze pierwsze pół roku w Tarnowie. Mamy nadzieję, że limit tych paskudnych rzeczy jednak już się wyczerpał na ten rok, i żeby ten następny był pod tym względem spokojniejszy, lepszy, przyniósł siłę do walki z niedoskonałościami, tymi ludzkimi słabościami.
A u nas…
Dobry wieczór 🙂
Będzie już niemal rok, albo ponad rok jak mnie tu nie było. Mój przyjaciel najdroższy Żywek twierdzi, że powinnam coś napisać, dlaczego nie piszę, a ja mu na to, że po prostu, dzieje się tyle, że nie nadążam z pisaniem… Nie mam czasu, a w większości ostatnio siły na rozmowy, dla siebie, a tym bardziej na pisanie.
W skrócie, mieszkamy już w Tarnowie od czerwca i się już zadomowiliśmy. Poznaliśmy najbliższą okolicę, ja od sierpnia stałam się na szczęście osobą zatrudnioną, praca wymarzona, mogę ją pogodzić z obowiązkami domowymi bez problemu, chociaż w ostatnim czasie przeszłam na słuchawkę i bardzo chcę się z tego wymiksować, to w ogólnym rozrachunku, pracę sobie chwalę.
Nasza rodzina powiększyła się o nową członkinię rodziny, mianowicie jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami suczki rasy maltańczyk, której nadaliśmy bardzo niespotykane imię, Reya. Wszędzie tylko pusia, Luna, Milka, a Reya jest dla wszystkich zadziwiającym wyborem. Na obecną chwilę, idzie jej już szósty miesiąc, całkiem sprawnie uczy się załatwiać poza domem, a wszystko co w domu, na szczęście ląduje na podkładzie higienicznym, nie wliczając sytuacji, kiedy była 13 tygodniową sunią, wściekającą się na roombę, więc lała zaraz obok niej, kiedy ta tylko skończyła sprzątać. Reya jest psem niekoniecznie skorym do michy, szczekania, za to uwielbia zabawy piłką, bynajmniej w domu, uwielbia duże psy, które w naszej okolicy uwielbiają ją. W pewnym sensie jest naszą zmorą, bo spacery co dwie godziny, kiedy spotyka się obcych ludzi to udręka, bo nasza mała leci do każdego i wita go jak swojego, przy tymczasem zapominając, po co jesteśmy na dworze. W ogólnym rozrachunku, najgorszego złodzieja wpuści do chaty, jest przekochana i nikomu jej nie oddamy.
Koniec roku jest dla nas bardzo przykry, bo zmarł mąż mojej siostry, nie miał nawet 51 lat. U mojego męża z nerwicą i lękiem uogólnionym spowodowało to nasilenie się lęków, nerwicy o 1000% bardziej, niż 4 lata wcześniej, kiedy się poznaliśmy, więc jest pod opieką psychiatry i pod wpływem, ponoć najdelikatniejszego antydepresantu – escitalopramu. Dodatkowo wyszedł bardzo duży niedobór witaminy b12, a lekarze jedyne co chcą przepisywać, to leki na silne ataki paniki, ale witaminy na receptę, żeby szybciej uzupełnić niedobory, to już niestety nie, za to benzo, przy silnych atakach paniki, każą brać w razie potrzeby, po dwie tabletki dziennie, taka rzeczywistość przy pierwszym, najsilniejszym w życiu epizodzie lęku uogólnionego i nerwicy. Pewnie dłużej o tym się kiedyś rozpiszę, jak i o wszystkim powstanie 20000 znakowy wpis, ale póki co, żyjemy, mamy się dobrze, walczymy, ostro walczymy o każdy dzień, lepszy dzień, o samodzielność, większą niezależność.
Nie mam czasu na książki, seriale, tylko trochę na rozmowy z tymi, którzy wiedzą wszystko, zbierają łzy i smutki w kupę, żebym była silna, żebyśmy byli… Tak w skrócie, dlatego, żeby ten wpis nie był tak goły, choć krótki… Boże, ja nigdy nie napisałam tak ogólnikowego, krótkiego wpisu, musi być ten pierwszy raz… Dodaję swoją najlepszą produkcję AI. Nie nawiązuje do niczego prócz tego, że często wyobrażają mi się jakieś sceny filmowe, życiowe, zależy od nastroju, albo i od niczego nie zależy, a coś przychodzi, tekst się pisze, a wyjdzie coś tak fajnego, że szczena opada.
Do następnego.
W ostatnim czasie, wspólne spędzanie czasu wieczorem z mężusiem zajmuje nam serial krók. Pokusiłabym się pewnie o recenzje, ale chyba, mi się nie chce wytężać szarych komórek, a jednak, bądź co bądź, serial trudny jest w swym rozumieniu, a na pewno pierwszy sezon. Możliwe, że kiedyś się o swoją własną recenzję opatrzoną wnioskami pokuszę, ale na pewno nie w najbliższym czasie przedprzeprowadzkowym czy…Jakoś tak.
Serial, żeby do mnie trafił, musi być dobrze zaopatrzony w muzykę, bo trafia do mnie fabuła na pierwszym miejscu, ale muzyka równolegle z fabułą, więc…Tak się często zastanawiam, jak to jest. Kompozytor muzyki filmowej dostaje scenariusz i myślę sobie, jak to jest, co się dzieje w jego głowie, że powstaje rzeczona muzyka. Co on tam sobie mianowicie wyobraża, co nie? I jak to jest, że jak zażre, to fenomenalnie, zażre i mnie, a jeśli nie połknie, to po prostu nie, jest sobie serial opatrzony w muzykę, obejrzałam, ale to w sumie byłoby na tyle. W przypadku Bartosza Chajdeckiego i seriali, do których tworzy, nigdy, przenigdy się nie rozczarowałam. Tak samo jak w przypadku na przykład: Macieja Zielińskiego, Lukasza Targosza czy Grzegorza Miśkiewicza. Zatem, dwa moje najulubieńsze soundtracki z Króka zostawiam. Do następnego. Serial serdecznie polecam!
Noworocznie.
Cześć i czołem.
Dawno nie pisałam, a że nowy rok, no i wszyscy, no to ja też. Zaglądam na eltenika czasami i dość mało się tu już na blogach publikuje, więc zastanawiam się, czy jeszcze jest sens, żebym kontynuowała swojego. Nawet nie chodzi o to, że obawiam się, czy to w ogóle ktoś czyta, ja piszę i czytam, to wystarczy xdd, tylko wygląda na to, że w najbliższej przyszłości będzie o czym pisać. Nie mówię, dziś, jutro,, za tydzień, czy dwa, ale w ciągu kilku miesięcy to już na pewno.
Piętnasty styczeń to jeszcze dobry dzień, żeby coś tam o tym starym roczku rzec? No bo jak tak, to ja chętnie…Otóż…Stary rok, tak jak i poprzednio, oceniam na całkiem, całkiem dobry. Nie był zły, gdyby wykluczyć to, że przysłowie z rodziną to tylko na zdjęciu, a i tak cię wytną się sprawdza jak skurczy koń w naszym przypadku, jakieś problemy zdrowotne, trochę zamało zamierzonych osiągnięć kulinarnych, to ten rok oceniam na mocne 8/10. W roku 2024 podróżowaliśmy znacznie mniej niż w 2023 i w sumie sama nie wiem dlaczego tak się stało. Chociaż może i wiem, po prostu postawiliśmy na domatorstwo szerokopojęte, po prostu, po części leń, a po części chyba wynikało to też z tymi przygotowaniami do ślubu, który był wydarzeniem absolutnie najlepszym w roku 2024. Co by o nim jeszcze dobrego powiedzieć to na pewno to, że emocjonalnie się zrównoważyłam w stosunku do poprzedniego. Działam mniej impulsywnie, potrafię zastosować to słynne – miej wyjebane, a będzie ci dane, nie analizuję, dlaczego tak, a nie inaczej, żeby przez to potem mieć problemy ze spaniem i jedzeniem. Po prostu, jeśli mamy dobry kontakt, nagle się urywa z mojej winy, bo na przykład pochłonęły mnie sprawy jakieś tam i po jakimś czasie orientuję się, że aha, kurde, dawno z Kowalskim nie gadałam i go przepraszam, próbuję to naprawić, ale on na to nic, to jeszcze rok wcześniej zeżarłoby mnie to od środka, dlaczego, co jest, no wiem, źle zrobiłam, ale przecież przepraszam, a teraz? Nie, to nie. Stawiam na jakość ludzi w moim życiu, chociaż jeszcze rok temu myślałam, że ilość w moim przypadku też połączy się z jakością i będzie mieć znaczenie. Przeliczyłam się, ale to normalne, tak w życiu bywa, a co jak co, ale nadmierną ufność do ludzi to zawsze będzie można mi zarzucić. Na szczęście od tej normy odchodzą również wyjątki i coś udało mi się odnowić, z obupólnym wyciągnięciem wniosków i większym zrozumieniem niż dotychczas, z czego bardzo się cieszę, bo takie relacje procentują w zaufanie, ale bardzo powolusieńku. Gdyby tak można było na przykład, odnowić kontakty ze wszystkimi, z którymi dzisiaj się nie rozmawia, bo drogi się rozeszły w zły sposób, albo w sumie w nie wiadomo jaki, to chyba bym w to poszła dzisiaj. Choćby po to, żeby od czasu do czasu zapytać się tych ludzi, co u nich słychać, przecież nie musielibyśmy łamać się opłatkiem, czy spotykać się niczym trzej przyjaciele z boiska, ale pogadać raz na czas, czemu nie? Chociaż to empatyczne genesis to raczej nigdy w życiu nie nastąpi, ale za marzenia nie karają.
Ja mam w sobie taki ciekawy pierwiastek, który mam po mojej mamie, akurat u niej on bardzo mnie denerwuje. Mianowicie, nie potrafię się na ludzi długo gniewać i zażarcie trwać w sporze i uporze ileś lat. Zależy też od kontekstu i powagi sytuacji jak szybko we mnie topi się gniew, ale w większości przypadków, nawet w poważnej sytuacji mija kilka miesięcy i jestem w stanie jeszcze raz, na chłodno porozmawiać, przeprosić, znaleźć swoją winę, jeśli wcześniej tego nie zrobiłam. Zdarzyło się kilka razy, że sama wyciągnęłam dłoń, a na pewno czuję, że jest wiele takich rzeczy, gdzie chciałabym tą dłoń wyciągnąć, ale jako szary i zwykły człowiek czuję, może mylnie, nie twierdzę, że nie, że ta druga strona tego nie chce. Miewam czasem tak, że śnią mi się osoby, z którymi po latach niezgody chciałabym pogadać. Między innymi moja sąsiadka z góry, w bloku u rodziców, która obraziła się na mnie, naprawdę śmiertelnie w czasach gimnazjum, a ja już sama nie wiem o co to było, a ona do dziś nie mówi mi cześć. Czemu ten pierwiastek denerwuje mnie u mojej mamy? Bo u niej obraza na poważne wykroczenia trwa zdecydowanie krócej niż u mnie, a potem piać od nowa, Polsko ludowa, zero wyciągania wniosków po jednej i po drugiej stronie.
W każdym razie, w nowym roku chciałabym zrobić coś, żeby chociaż po części spełniło się to, o czym wyżej napisane, więc może spróbuję się na to odważyć, albo może spotka mnie miłe zaskoczenie i ktoś w tym roku ma takie same postanowienia jak ja…O, na przykład ta sąsiadka. 😛 W nowym roku zaczynam się starać, na razie delikatnie, ale stawać z ludźmi, z mojej rodziny w prawdzie, która nie zawsze jest przyjemna, ale mi jest lżej, że nie muszę już uważać, temu nie powiedzieć tego, bo się obrazi, a jak będzie potrzeba żeby zrobił dla mnie coś tam, tooo lepiej nie. Nowy rok stoi pod znakiem naprawdę nowych wyzwań i dalekoidących planów. Jednym z takich, można powiedzieć, koniecznych, będzie odseparowanie się od ludzi toksycznych, a takich w mojej rodzinie jest bardzo wielu. Nie można im zarzucić jakiejś tam dobroci ludzkiej, ale toksyczność wysuwa się na pierwszy plan, a ja muszę pamiętać, że mam już męża, wspólnie tworzymy już coś nowego, muszę iść do przodu, nie oglądać się na stare, wysupływać się z toksycznych, rodzinnych relacji, które nie reprezentują nic dobrego, tylko totalne dno, z którego przecież uciekłam…Uciekam jeszcze dalej.
Poza tym, że święta obfitowały w piękny prezent pod choinką w postaci nowego pierścionka od Michasia i brajlowskiego, wymarzonego zegarka – citizen classic braill, czy jak to tam się piszę, ode mnie dla Michała, to o atmoswerze rodzinnych świąt z zeszłego roku u teściów, mogliśmy zapomnieć. No cóż, zapomniałam, że w moim rodzinnym domu to kiedyś bywało lepiej, ale kiedyś to w ogóle było, a teeeraz…:P
Zatem czas na te obiecane fajerwerki sylwestrowe. Ja będę oryginalna, nie będą to fajerwerki w formie dźwiękowej, bo takowych się bardzo boję, ale będą to fajerwerki w formie pisemnej. Mają to do siebie, jak wszystkie fajerwerki, że jedni się ich boją, nie wszystkim się podobają, ale te akurat podobają się mnie zdecydowanie. Kupiliśmy mieszkanie w Tarnowie! Dokładnie w dzielnicy zwanej Mościcami, na wdzięcznej ulicy Kasztanowej. Cichutko, spokojnie, zielono. W starym budownictwie, ale na parterze, bardzo przestronne 57 metrów. No i wiecie jak to jest…Przyjechaliśmy na sylwestra, a kupiliśmy mieszkanie hahaha. W zasadzie jest gotowe do zamieszkania, a jednak musimy tam zrobić poprawki względem naszych planów. Konkretnie, trzeba zlikwidować gaz i złożyć wniosek o zwiększenie mocy przyłączeniowej, zmienić wannę na większą i z drzwiami, odświeżyć jakimś malowankiem i kupić sprzęty agd i meble, a więc do samej przeprowadzki jeszcze chwila. Na to ogłoszenie trafiliśmy przypadkiem, ale coś było w tym domu z samego opisu, zwłaszcza po rozważeniu setek innych w tym mieście od wielomiesięcznego przeglądania, że…No nic, dzwonimy, jedziemy, oglądamy! No i jak pojechalim, jak zmacalim, jak potuptalim, tak się zakochalim! Jest cudowne! No więc jeszcze tylko podpisik za kilka dni u notariusza, tzw. przepisanie wszelakich mediów i wracamy do Malborka, żeby wymówić wynajem i rozpocząć przeprowadzkę. Zapewne na razie z całym dobytkiem na miesiąc, może dwa do domostwa teściów, ale potem, jak wszystko ruszy z kopyta to…Łłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłło!
Wiele miesięcy spędzałam na poznaniu Tarnowa przez internet. Jeszcze więcej miesięcy zajmie mi poznanie go na żywo, ale cieszę się na to. Nie boję się tego wyzwania, przynajmniej jeszcze nie. Nie dociera do mnie jeszcze, że z pomorzanki stałam się…Yyyyy…Małopolanką? 😀 W każdym razie, nie mogę się doczekać poznawania tego miasta, wiążę nadzieję, że może jakoś lepiej działa tam pzn niż w Malborku i stowarzyszenia sportowe, więc może…Może jakieś bieganie, ooo, a może, może jakieś tandemy, a z Tarnowa to blisko do Krakowa, więc może coś tam, może tam gdzieś poszukać pomocy i się zaczepić, może jakieś projekty, warsztaty, cokolwiek, bliżej samodzielności, bo przecież po to to wszystko, a ja bardzo, barrrrrdzo tego chce! Czuję determinację, motywację i chyba nawet desperację, a na pewno dopaminę i adrenalinę odkąd padły słowa – Bierzemy to mieszkanie!
Zatem, po kolejnym długim dniu załatwiania rzeczy wszelakich i różnorakich, żegnam się i do następnego. Pozdrawiamy was i trzymajcie się ciepło.
"Nieznane, zabierz mnie w nieznane, od szarości codzienności dalej. Na nienznane, zabierz mnie kochany, gdzie się nic nie dzieje zgodnie z planem".
Zacytowany powyżej tekst pochodzi z utworu zespołu Golec Łorkiestra – Nieznane. Jego refren bardzo pasuje do tematyki wpisu, z któym dziś przychodzę. 🙂
Pomyśleliśmy z Michasiem, że skoro koncert nie wypalił, to należałoby spróbować jednak spróbować się rozerwać w swojej okolicy. Granaty ciężko dostać, mango też, więc postanowiliśmy się rozerwać w sposób ukulturalniony i wybrać dostępną formę rozrywki. Jak na zawoładnie, z nieba spadł mail z teatru wybrzerze, gdzie byłam zapisana do newslettera i poinformowano o kolejnym spektaklu z audiodeskrypcją, który miał się odbyć szóstego listopada. Takie spektakle w teatrze wybrzerze w Gdańsku i Sopocie odbywają się co jakiś czas i otrzymywałam powiadomienia już wcześniej, jednak nie było tam żadnych interesujących mnie spektakli z opisu, chociaż z obsady wielokrotnie tak. Tym razem jednak do skrzynki mailowej wpadło coś takiego: Zapraszamy na spektakl z audiodeskrypcją pod tytułem szklana menażeria. Szklana menażeriaw przekładzie Jacka Poniedziałka i adaptacji Bartosza Cwalińskiego, w reżyserii Stanisława Chludzińskiego.
Laura odmawia kontaktu ze światem. Mówi się, że coś jest z nią nie tak. Zamiast rzeczywistości wybiera szklane figurki. Założenia te stworzył Tennessee Williams około 1945 roku. Jednak w naszym spektaklu będziemy wędrować w czasie, próbując znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące inności, relacji rodzinnych, które naznaczają nas na całe życie, a także na to, czym te szklane figurki mogą być dziś. Może serialami, w których zanurzamy się okryci szczelnie kocem?
Odpowiedzi na te pytania poszukają bardzo młodzi twórcy.
Adaptacją tekstu Szklana menażeria na podstawie dramatu Tennessee Williamsa w przekładzie Jacka Poniedziałka zajmie się Bartosz Cwaliński. Reżyseruje Stanisław Chludziński, i będzie to jego dyplom reżyserski. Scenografia i kostiumy: Kalina Gałecka. Reżyseria światła: Monika Stolarska. Muzyka, video: Nikodem Dybiński.
Wystąpią: Anna Kociarz, Karolina Kowalska, Piotr Chys, Paweł Pogorzałek.
Przed spektaklem zapraszamy również na spacer sensoryczny, podczas którego będziemy mogli dotknąć elementów scenografii oraz rekwizytów.
Łeeeeee tam, lepiej by było dotknąć panów aktorów he he he he he 😛 szczególnie tego jednego, o niskim głosie. Ktooo to słyszał żeby coooś ciekaweeego było w macaaaaniu scenograaaafii spektaaaaklu ktooo! 😀 ale coooo ja moooogę, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma, proszę ja państwa. No więc małżonek się zgodził, troszkę pomarudził, że łeeee koszuuula, łeeee na gallooowo, a którą tą koszuuulę wziąć jeeeeeju jeeeeju jeeeeju. Jednak najlepsze założenie jakie mój małżonek może założyć w życiu, że trzeba robić co małżonka chce 😀 i na co ma ochotę. 😀 😀 😀 bo nic memu mężowi nie sprawia takiej przyjemności, jak sprawianie przyjemności małżonce, o tak!
Zapisaliśmy się tydzień przed spektaklem i zaraz po zapisach zaczęliśmy przyrządzać kolejny, smakowity eliksir samodzielnościowy. Mimo, że bilety były darmowe dla osób z niepełnosprawnością wzroku oraz ich opiekunów, postanowiliśmy rzucić sobie wyzwanie i pojechać do Sopotu samodzielnie. No prawie, z użyciem taksóweczki z racji, że autobusy praktycznie nie istnieją i z pomocy asysty w obrębie dworców, ponieważ sam spektakl miał odbyć się o godzinie dziewiętnastej, ale jak wiadomo, braliśmy jeszcze pod uwagę spacer sensoryczny o godzinie 17.30, więc trzeba było wyjechać odpowiednio wcześnie, żeby uniknąć ewentualnych rzeczy, które w samodzielnym podróżowaniu mogą się zdarzyć, wiadomka, opóźnienia, błądzenie i tak dalej. Wszystko jednak poszło bardzo sprawnie, przynajmniej w jedną stronę, asysty zadziałały prawidłowo, eliksir samodzielnościowy pity w małych dawkach przez cały tydzień zadziałał profesjonalnie. Jak go sporządzić? To proste. Do szklanki o pojemności 250 ml wrzucić trochę pozytywnego nastawienia, wrzucić na luz, koniecznie unikać co będzie jeśli, ale jak jednak nie, do tego dorzucić szczyptę odwagi. Ludzka pomoc i nawigacja również. Tak więc przed spektaklem udaliśmy się jeszcze do włoskiej knajpki, żeby zjeść obiadokolację, skoro romantyczny wypad we dwoje, trzeba romantycznie zjeść we dwoje w klimatach ciepło brzmiącego jazziku. Z pewnością proste w tym wyzwaniu było to, że wszystko było bardzo blisko siebie i w niedużej odległości od dworca, ale kto o tym wiedział, he he, my nie, więc to odkrywanie i eksplorowanie sprawiło nam niesamowitą przyjemność. Cieszę się, że nabieramy odwagi na takie spontany i chciałabym mieszkać w mieście, gdzie będzie to prostrze i nie będzie wymagało podróży międzymiastowych, daj Boże w przyszłym roku. Nie wiem czy zazdroszczę ludziom, którzy na takie spontany mają ochotę często i odwagę, może trochę tak. Cóż, nie każdy się z tym rodzi, ale każdy powinien to chyba ćwiczyć. Kilka egzaminów już za nami, ale ten uważam za wyjątkowo przyjemny i udany, może wykreślając to, że jednak lepiej o wieczornych porach jeździć na takie spektakle latem, bo cieplej, bo przyjemniej, bo jasno, bo ludzi więcej, a w razie jak pociąg się spóźni i nocą zajedziesz do miasta, to może zastaniesz taksówkę na postoju przed północą, chociaż nie, bo to pewnie zależy od miasta, które musi się rozwijać, a nie zwijać. W każdym razie, całkiem dobrze, że jest jeszcze korporacja, jedna i jedyna, która odbiera nawet w nocy i bezpiecznie przedostaliśmy się do domu.
Nie wiem czy pominąć fakt, że jak można było się spodziewać, osoby niewidome i słabowidzące zajmowały większość miejsc na widowni wraz z opiekunami, wszyscy w wieku…Jak to zwykle bywa, pozostawmy bez komentarza, nie wliczając kilku wyjąteczków. Obsługa widowni profesjonalna, pomogła zająć miejsca i rozdała radiowe odbiorniki dla audiodeskrypcji. Audiodeskrypcja na żywo to coś fajnego, na jakość osprzętowania nie śmiałabym narzekać, bo ważne, że w ogóle mieliśmy okazję skorzystać z takiego udogodnienia jak audiodeskrypcja w teatrze. Pan w reżyserce miał chyba ciut za głośno mikrofon, co i tak nic nie zmieniło, kiedy w pewnym momencie spektaklu rozbrzmiała muzyka o głośniści 200% normy, więc w lewym uchu pan z reżyserki, którego nie słyszałam, a do prawego mój osobisty audiodeskryptor mąż, który pana słyszał i podrzucał mi przez cały utwór: Tańczy na stoleeeee! Rzuca poduszkamiiiii! Na temat poprzedniego spektaklu uczestnicy bardzo narzekali, że audiodeskrypcja wcinała się aktorom w słowa, widzący opiekunowie mieli problem, żeby złapać o co chodzi w całym spektaklu. Na szczęście tutaj pan spisał się doskonale i bywały momenty, że kiedy zaczynał nakładać się aktorom na słowa, przerywał w połowie zdania i skończył chwilę potem, mnie to nie przeszkadzało. Zastanawiałam się tylko, dlaczego chwilami oddychał strasznie głośno i szybko przez nos…:D
Czy dam radę zrecenzować sam spektakl…Nie wiem, ale się postaram. Zacznę od tego, że mam wrażenie, że sam spektakl nieprzypadkowo pokazany był grupie osób niepełnosprawnych, albo to moja nadinterpretacja. W kilku bohaterach znalazłam podobieństwo na przykład do mojej matki, do kilku znajomych, a nawet do siebie, sprzed diametralnej zmiany życia.
W spektaklu szklana menażeria bierze udział czterech bohaterów, ale w trzech czwartych skupia się na trzech, czyli na rodzinie, o której opowiada. Pojawiają się również nawiązania do ojca rodziny, po którym został tylko portret na ścianie. W spektaklu przedstawiona jest rodzina składająca się z trzech osób. Matki – Amandy, córki – Laury, która jest główną bohaterką dramatu i syna – Toma, który całą tę historię opowiada w formie retrospekcji jako narrator. Rodzina przedstawiona jest jako niezdrowa i zaburzona komórka społeczna, w której relacje są bardzo złe.
Amanda jest matką bardzo apodyktyczną. Nie obchodzą ją potrzeby jej własnych dzieci, w zasadzie to nie daje im możliwości dojść do słowa w burzliwych dyskusjach, co rodzi kolejne konflikty. Sprawia wrażenie niedojrzałej, jak gdyby zatrzymała się w wieku nastolatki, wielokrotnie do tego nawiązując i wspominając ten czas. Wydaje się, że bardzo zmaga się z rolami, które przyniosło jej życie, w szczególności z rolą matki odnosząc w niej większe, lub mniejsze sukcesy, jednak nie może być inaczej, ponieważ wewnętrznie nigdy nie przestała czuć się dziewczyną.
Laura jest bardzo nieśmiała i zmaga się z jakąś postacią choroby psychicznej. Cierpi na nerwicę, w kółko ogląda te same bajki i słucha tej samej muzyki. Niczym skarb pielęgnuje tamagothi wierząc, że w tych maleńkich pudełeczkach kryją się prawdziwe zwierzęta. Tamagothi to tytułowe figurki ze szklanej menażerii. Często nie ma kontroli nad tym co robi. Mimo wszystko jest bardzo wrażliwa i na swój sposób próbuje nawet załagodzić spór brata i matki. Laura jest kukłą w rękach Amandy, która moim zdaniem, nigdy nie pogodziła się z innościami swojej córki i za wszelką cenę stara się gdzieś to ukryć.
Tom wyraźnie nie radzi sobie z trudnymi relacjami w rodzinie. W pewnym sensie, też jest obciążony psychicznie przez rodzinne złe relacje. Pisze wiersze, lubi to robić, chyba nawet dobrze mu to wychodzi, ponieważ dzięki temu ma szansę wyjechać. Rzecz tak cenna jak pisanie wierszy dla Toma, niejednokrotnie jest powodem do kpin Amandy. Jest jedynym członkiem rodziny, który pracuje i ją utrzymuje i próbuje radzić sobie z trudną sytuacją uciekając w alkohol i imprezy w pobliskim klubie mówiąc, że chodzi do kina. Matka i siostra zdają się wiedzieć i widzieć, że Tom jest nie tylko nieszczęśliwy, ale że codziennie je okłamuje w sprawie tego kina chociażby.
Wreszcie jim, który na scenie pojawia się jako ostatni bohater. To przyjaciel Toma i była miłość Laury z liceum. Sprowadzony do domu przez Toma na prośbę matki w zamiarze zeswatania go z Laurą. Wydaje mi się, że Tom upatruje też nadzieję na lepsze życie dla siebie i możliwość ucieczki, gdy tylko znajdzie się nowy opiekun dla matki i siostry. Jim jest szarmancki, miły i na początku nie domyśla się w jakim celu został ściągnięty na uroczystą kolację. Wszystko zmienia się, gdy z Laurą zostają sam na sam. Myślę, że Jim niesie przekaz, którego wielu osobom niepełnosprawnym często brakuje, wpędzając nas w kompleksy, zaburzając poczucie własnej wartości chociażby. Jim stara się cierpliwie wytłumaczyć, że każda inność jest wyjątkowa, każdy z nas mimo inności jest wyjątkowy, a wszystko to ma prawo bytu, istnienia i wystarczy tylko uwierzyć w to, że to nic złego, iść do przodu i nie zatrzymywać się na etapie bycia dzieckiem, jak Laura. Moim Jimem jest mój mąż, przynajmniej pewną jego częścią, bo ten bohater jest również poraz kolejny, jak możemy się przekonać, częścią dramatu Laury i całej rodziny.
Częściowo to spektakl o nadziei, żebyśmy starali się brać wszystko co najlepsze, nawet z tych złych momentów, które dzieją się w naszym dzieciństwie i wczesnym dojrzewaniu i każdych innych z późniejszego życia. Konteksty, do których spektakl się odwołuje to konteksty wczesnego dzieciństwa z lat dwutysięcznych, może nawet lat dziewięćdziesiątych. Przez to jak bohaterowie są ukazani bardzo łatwo możemy sobiez dać sprawę, że zagnieżdżanie się na stałę we wspomnieniach, w działaniach powoduje brak progresu i niełatwo się potem wydostać z takiej komfortowej, wypracowanej przestrzeni.
Spektakl gorąco polecam, chociaż pewnie w zależności od miasta i teatru jest inaczej wyreżyserowany. Tymczasem do następnego.