Kategorie
Wpisy tekstowe

Co u nas

Dzień dobry! Wieczór! Państwu!

Co to się dzieje proszę ja was na tym świecie…Wojny same, nieszczęścia same…Nic dobrego! Jesień idzie, wiecie? Mobilizacji mi brak do wielu rzeczy, wiecie? Miały być placki ziemniaczane, miało być w końcu to pierwsze ciasto pieczone i co? I co? I co? Miało być to wszystko nagrane, miał być kolejny audio bloguś, i co? I co? I co? Katarzyna spierdoliła się sakramentalnie w dół lenistwa czy co…Przyjaciel mój najserdeczniejszy, którego z tego miejsca pozdrawiam Arkadiusza chyba ma na mnie wpływ. On zawsze mówił, ja leniwy, mnie się nie chce, no ale bym chciał tak jak ty, ale mnie się nie chce…No i mnie się zniechciało…Zatem teraz proszę o jakieś zaprzyjaźnienie się z kimś sprzątalniczo gotowalniczym, bo…O zgrozo, sprzątalnictwo w tym domu też odbywa się raz w tygodniu. Zwłaszcza po ostatnim razie, kiedy to dniem pięknem wrześniowem, wybebeszyłam wszystkie szafki i szuflady i wszystko wymyłam na mokro, sucho i słodko pierdąco, a potem na powrót ułożyłam na swoich miejscach. No i odkąd zakupiłam ulubione detergenisze, żele do kąpieli, szampony i inne chemi w ilościach magazynowych, żeby nie mieć jeszcze więcej miejsca w kawalerce, wszak to się wszystko używa nie wiadomo kiedy, to miejsce znowu szybko się zrobi.

Niestety zdemotywował mnie do tego wszystkiego fakt, o którym zapewne nie powinno się mówić publicznie, bo takie rzeczy powinny zostać w domu. To że ludzi to już nie obowiązuje, bo jakieś tam obostrzenia się skończyły, a Krakeny nadal dopadają, to nie dotyczy tajemnic małżeńskich, z nimi nadal powinno być tak…#zostań w domu! No ale wiecie że ja…To taka trochę znana z bezpośredniości jestem i nie szanuję tego, że mój małżonek jest introwertykiem i swojej prywatności strzeże jak skarbu w portkach…Co mnie to…To dotyczy nas oboje! Mam prawo mówić o tym co mnie boli! Muszę się komuś wyżalić, a gdzie mam to zrobić. Przyjaciółki istnieją tylko w polsacie, a ja mam tego żałosnego bloga…No więc…Z żalem stwierdzam. Po kilku miesiącach cudownego pożycia małżeńskiego…Jest ta trzecia. Małżonek wcale się z tym nie kryje…Ba! Nawet w czasie naszego bycia razem bywały już jakieś inne, nawet tu u nas w domu…Tylko że ja, głupia ja, zaślepiona w prawdziwą miłość, nie miałam pojęcia, że kocha nie tylko mnie…Pamiętacie jak się tu o tym rozpisywałam. Ostatnio przyszedł z tą trzecią facet, ale akurat wychodziłam z domu, to się nie zagłębiałam. Boooże! Słuchajcie, co ja miałam wieczorem! Jak ona bosko pachnie…Kurwa mać, a jaki ma poślizg! No takie coś to kilka razy po ślubie słyszałam…O tamtej z kolei słyszałam, że ma konsystencje majonezu…Ale myślałam wiecie…Że to tylko żart, no przecież, myślę sobie, chyba się nie obmacują…To znaczy…No brałam pod uwagę, że on je trochę tak…No bo to włoszki, czego zapomniałam nadmienić. Co najciekawsze, jej imie zaczyna się na a i kończy się na a…A nie, bo to chyba każde damskie…No w każdym razie…O tym, że ją kocha powiedział mi w łazience. Stanął tak przed lustrem, przed tą naszą malutką umywalką, zmoczył pędzel…Bez tego ponoć nie jest mokry, psia jego mać i mówi:
– Zajebista jest ta Artigiana! Najlepsza jaką miałem! Pobiła nawet Los jabones de Joserre. Najlepsze mydło do golenia jakie miałem! Kiciusiu! Jak to pachnie pięknie!
Ha! Ha! Ha! Ha! Mmmmmmammm wasssss! Czytaliście ten akapit do tego momentu z rumieńcami na twarzy? He! He! He! He! Tak, otóż pisałam kiedyś, w którymś z prehistorycznych wpisów, że mój mężuś kupił sobie mydło do golenia, które śmierdzi maściami babci Heni co najmniej, więc skoro się kończyło, postanowił zamówić nowe. Oficine artigiana Milano. Dla mnie pachnie to iście świątecznie, bo to ma zapach, takich…Świeżych pomarańczy i mandarynek…Sama nie wiem, woda po goleniu jest w zestawie…o, wiem, trochę miodu tam w tych zapachach jest…Czegoś owocowego…Podoba mi się, ale kojarzy mi się jednak ze świętami. 😀 wszak Michał ostatnio sobie pozwolił na małe zakupy kosmetykowe goleniowe i cieszył się jak mały bąbelek, odkrywając zapachy kremów, wody po goleniu, mydeł i tak dalej. Tylko dama tego domu, zdeklarowana miłośniczka perfum, bieduje o dwóch butelkach avvonowskiego today, xd, bo teraz w pierwszej kolejności dba się o męża, a mąż perfum ma ze 4. W tym miesiącu pragnę sobie coś kupić, żeby zapełnić szafeczkę, tylko nie wiem na co się zdecydować ze swoich ulubionych zapachów. Chciałam spróbować jeden zapach z książki, ale jak będzie nietrafiony to szkoooda wyrzucić.

Z nowości! Rzuciłam palenie! Idzie drugi miesiąc. Bez tabletek, w sumie to trochę za namową ginekologa, bo jak okazało się, że moja wrodzona ektopia w macicy to nic groźnego dla planowanej w przyszłości ciąży i cytologia nie wykazała nic złego, nic z nią nie robimy, no to rzuciłam. No skoro udało się bez tabletek, na słowo honoru, to albo jestem nienormalna, albo mam mega silną wolę, albo nie byłam tak uzależniona. Małżonek popala, choć obiecał, że jak ja rzucę, to on też, wcześniej palił, bo ja też…Ta, ta, ta…Śliwki w łóżku rosną xd. W ostatnim czasie też sporo czytam, serialuje i popmunduje…Podoba mi się odgrywanie ról z zagraniczniakami. Szkolące językowo, nie powiem. 😛

No a w lipcu było tak:
– Kurde! Tak mi się nudzi! Tak ten Malbork czeźnie! Wszystko w nim się zamyka, same nieszczęścia i wypadki, nic się tu nie dzieje! Jestem tak spragniona uczestniczenia w wydarzeniach kulturalnych, że poszłabym nawet na Ironmaiden, a przecież takiej muzyki nie cierpię!
– Tak? Dobra! Nie ma sprawy! Oooo! Słuchaaaj! Bo w Łodzi, 25 października jest koncert – Within temptation, idziemy?
– Nooo peeeeewnie! Nawet ich lubię, nawet coś tam znam, a że w sumie nigdy na tak dużym wydarzeniu, w takiej atlas arenie z prawdziwego zdarzenia nie byłam, idziemy! Jaram się jak świeczka na torcie!
– Dobra, to się zapytaj innych czy chcą, jak się zgodzą to jedziemy!
No i inni się zgodzili, no i zebraliśmy się, żeby wspólnie wybrać apartament na noclegi…No i wszystko drogie, drogie, drogie…Ooooo! Jest jeden tani…Ale dlaczego on taki tani? Nie wiem, ale jak chcecie, to zadzwonię do pana i się zapytam…No dobra!
– Dzień dobry, ja w sprawie rezerwacji apartamentu na ulicy takiej i takiej.
– A to proszę dzwonić do męża, bo to on się tym zajmuję, już podaję numer…
– Dzień dobry panu, żona podała mi do pana numer. Proszę pana, ja w sprawie rezerwacji apartamentu przy…Proszę pana, ja mam pytanie, czemu u pana jest tak tanio? Co wy tam…Ręczników nie macie? Wody, czy czego?
– Ochhh niee, droga pani, wszystko jest, jak najbardziej, tylko trafiła pani na promocję, bo to świeżo otworzony apartament i akurat w tych dniach po prostu mamy promocję. W przeddzień wyjazdu proszę do mnie zadzwonić, przekażę instrukcje jak otworzyć bramę i podam kod do budynku.
– Ojej, dotykowe domofony…Wie pan, nie lubimy tego…Delikatnie mówiąc, większość z nas ma znaczne problemy ze wzrokiem i…Czy nie dałoby się tego inaczej rozwiązać?
– Ależ…Oczywiście że by się dało. Przywiozę manualne klucze…A czy skoro macie państwo problem ze wzrokiem to…Dacie sobie radę po schodach? To jest na trzecim piętrze…
– Tak tak, z tym nie będzie problemu.
– W porządku, zatem do usłyszenia w przeddzień wyjazdu.
Jest 18 października. Godziny wieczorne. Kładę się do łóżka i czuję, że rano to chyba nie wstanę, jak go doczekam. Dziwny ból mięśni, pleców…Ale z czego? Przecież ostatni tydzień spędziłam trenując opierdalactwo w domu. Godzina czwarta nad ranem…Gorączkę można mierzyć termometrem zewnętrznow-wewnętrznym solis najprawdopodobniej i tak przez niemal weekend cały. Jest 21 października. Po gorączce zostało osłabienie i kaszel, który trzęsie całym blokiem. Grupka niewidomych i…Septymka, a nie…I…Szeleczka zebrała się żeby obgadać jeszcze wyjazd i okazuje się, że nagle zaczynają się schody.
– No bo wiecie…No bo ten koncert…To ja nie wiem, czy, my, kurwa, damy se tam radę nie?
– W sensie?
– No, w sensie…10000 ludzi i my…Jak oni nas tam stratują…Jak nikt nam tam nie pomoże…Jak my znajdziemy swoje miejsce…Jak my znajdziemy tam wejście, przecież jest ich tam tyle…Mogliśmy najpierw zadzwonić i się zapytać czy nam ktoś tam pomoże…Przecież jedna słabowidząca osoba nie ogarnie aż trzech niewidomych w takim tłumie. Kurde, a to tak daleko z apartamentu, który wynajmujemy, koncert o 21, a przecież już ciemno, a jeszcze trzeba wrócić…
Słowem, ojej…Obudzili się…Zaczęli myśleć za późno i brać siły na zamiary, za późno, już dawno ustalili, że nie grają super bohaterów, którzy lubią pisać, że to do zrobienia i wszystko się da. 😀 tylko że tak czy siak, trochę się wkurzyli, bo przecież czekali na to tyle miesięcy i w tym wszystkim, tak jakby…Trochę…Zapomnieli o logistyce zaplanowania tła tego wydarzenia? Bardzo chcieli spędzić ten wyjazd inaczej niż wszystkie inne. W atlas arenie niemiły pan z portierni oburzył się mówiąc im, że dlaczego, na Boga! Oni w ogóle kupili bilety bez opiekunów! Jak niby poradzą sobie z dojazdem do samego obiektu atlas areny i będą potrzebowali pomocy tylko w środku. Sam obiekt jest owszem dostępny dla niepełnosprawnych, ale na wózkach. Zaprojektowano podjazdy do każdego z wejść, niskie blaty w szatniach i odpowiednio wyposażone toalety. A niewidomi…No cóż…Nie mają nikogo, kto by pomógł im zająć swoje miejsca, ewentualnie mogą uczulić kogoś z zewnętrznej firmy ochroniarskiej, ale to proszą żeby zadzwonić w dzień koncertu i się przypomnieć. No więc zrezygnowani własną głupotą i…Tym że w szeroko rozumianej dostępności niewidomi jak zwykle na śmietnik…Żywek na prezydenta…Zdecydowali się sprzedać bilety i pójść po prostu do kina i przetestować aplikację kino dostępne. Jest 22 października. Prawie wyleczona, nabieram sił po chorobie, biorąc wszelakie specyfiki na kaszel, które ni ho ho nie pomagają. Około 13.30 z okolic kuchni wydobywa się jakiś dziwny dźwięk. Jak tak odtwarzam go w pamięci, to tak jakby szukać stacji radiowej w starym, szumiącym odbiorniku. Przez kilka sekund lokalizujemy źródło dźwięku…Może to jednak zza okna? Michał podrywa się pierwszy myśląc, że to może ekspres się pali, albo mikrofala. To co się okazało, przeszło najśmielsze oczekiwania średnio samodzielnego niewidomego! Spod zlewu, z prędkością nie wiem jaką, ale w tempie ekspresowym wydostawała się gorąca woda. Strzelił jakiś wężyk. Rozczochrana, w piżamie, na bosaka, pierwsze co zrobiłam, to wyleciałam z domu w poszukiwaniu pomocy u sąsiadów. Jednak jak można się spodziewać, nikt nie otworzył na naszym piętrze, wszyscy w pracy, a z domu straszne krzyki.
– Noooo nieee! Kuuurwaaaaa! Zaleje sąsiadów! Ja pierdoooleee! Gdzie ten zawór!
Nie znalazłszy pomocy, powróciłam do domu, chcąc jakoś pomóc Michałowi, któremu udało się znaleźć i zakręcić zawór od ciepłej wody, a znaleźć go było nie łatwo, bo jest umiejscowiony za deską. Jeden zawór idzie do boku, drugi do dołu, dziko tu jest wiele rzeczy zrobionych. Trzęsłam się jak w febrze, kiedy stałam w tej wodzie i stwierdziłam, że jest bardzo dużo wody i już kapcie mam całe mokre. Dopiero trzeźwiący głos Michała:
– Naprawdę kapcie to jest teraz twój probleem? Dawaj szmaty pomóż mi! Zbieraj tą wodę!
No i rzeczywiście, wyjęłam niemal wszystkie ręczniki jakie w domu były, przedtem dzwoniąc po pomoc do rodzinnego domu i informując właściciela mieszkania o zdarzeniu. Wychodziłam z domu, woda była w kuchni, wróciłam po minucie, woda płynęła już przez pokój, więc przyszło mi na myśl, że, Michaś, kable, routery…
– Kurwa mać to co mam robić! Wodę zbierać czy kable odłączać! Już idę!
Napięcie działało na nas chyba w równym stopniu, ale wtedy pomyślałam sobie, że dopiero martwiłam się, kto pomoże na koncercie w atlas arenie, kiedy zalaliśmy prawie sąsiadów i gdyby nie to, że Michał wie co, jak i gdzie, że jakkolwiek przytomność umysłu zachował, a nie każdy potrafi tak działać…No ja na przykład bym nie wiedziała jak i gdzie…A nikt mi nie otworzył…Szczęście, że szybko udało się to zakręcić i do zalania nie doszło, że nic się w zasadzie…Nie stało. Szkoda nawet mówić o tym, że po wejściu rodziców do domu, którzy mieli przyjść z odsieczą usłyszeliśmy tylko: Czego to w zasadzie panikować. Zakręcona woda, no i dobra, pozbieraliście, no i dobra, właściciel wężyk niech wymieni, przecież to nie z waszej winy, no i dobra, sąsiadów nie zalaliście, no i dobra. Wieczorem na domiar złego okazuje się, że właściciel, który rano obiecał, że oddzwoni wieczorem i dogada szczegóły w sprawie kluczy, nie oddzwonił. No więc po tych wszystkich nieszczęściach zaczynamy schizować, że może to jednak przestroga, może lepiej nie jechać, może coś się wydarzy, a może to oszust, kasę za rezerwację zgarnął i ma w dupie, a może jednak zapomniał…Sprawdzimy rano. Jest 23 października. Rano mogę ledwo mówić, kaszleć nie przestaję. Pan właściciel od łuckiego apartamentu nadal nie oddzwania, nie odpisuje na smsy czterem osobom. No jak nic, oszust, kasę wziął…
– Ale czekajcie, bo ja mam jeszcze w historii numer do żony, co się tym nie zajmuje, co mi numer do męża podała.
Pani żona nie wiedziała gdzie jest mąż, wyszedł rano z domu, nie ona nie wie co się z nim dzieje, ale zadzwoni i spróbuje wyjaśnić o co chodzi. Po telefonie od pani żony, pan mąż raczy oddzwonić i z oburzeniem w głosie:
Ale o co pani ma do mnie pretensje? Miałem wczoraj zadzwonić, ale zapomniałem.
Faktycznie, o co pani ma pretensje, o te połączenia i smsy od czterech osób? Można pominąć xd. Klucze będą, odbierze je osoba, która już czeka w Łodzi i sprawdzi warunki, o godzinie 15. Ufff, no chociaż jest jasne, że możemy jechać…Chyba…przynajmniej nie będziemy musieli spać na dworcu, albo wracać po nocy…Albo w ogóle nie jechać. Klucze odebrane, warunki sprawdzone. Na pierwszy rzut oka, wszystko ok.
– Tylko klamka z drzwi łazienki wypada, ale to nowy wyremontowany apartament w starej kamienicy. Jak sama nazwa wskazuje, historical rezident? Wszystko regipsowe, nawet ścianka na środku i na niej wisi telewizor. Ooo, jedna sypialnia wygląda jak szafa, dosłownie, drzwi ma jak do szafy, w środku kotara i łóżko…Aaaa i półeczka z regipsu.
Takie to rewelacje dolatywały do nas w pociągu przed samą Łodzią. Jakże ci ludzie nie pouciekali, kiedy trzęsłam od kaszlu najpierw pociągami, a potem całą kamienicą historical rezidenta? Xd, a wieczorem okazało się, że najlepiej będzie jak będę szeptać. Na szczęście w następnych dniach okazało się, że naproxen w połączeniu z sal-ems około 2, 3 razy dziennie zdziałał cuda. Co prawda łóżko mnie za bardzo ciągnęło i nie wykonaliśmy niczego z zaplanowanych rzeczy, a mój kraken, bo to chyba to mnie dopadło, przeszedł na biednego Kiciusia i Skydusia, chociaż Kiciuś to i tak trzyma się najlepiej, zważając, że choruję już od zeszłego weekendu.

Droga powrotna na dworzec boltem, z ponurą Agnieszką była o tyle ciężka, że panowała tak głucha cisza, że chyba nikt nie oddychał a mnie się tak strasznie chciało…Kaszleć! Piętnaście minut męczarni…Zdecydowanie wolałam półgodzinną podróż z panem Adamem w największych korkach, narzekającym tylko na nasz kraj, takim zdepresjonowanym chyba i takim, co chyba nie widzi ani jednego pozytywu nigdzie xd. Bardzo ciekawych jegomości mieliśmy za sobą w drodze powrotnej z Łodzi. Dosiedli się ów panowie na wschodniej i ciężko przytoczyć wszystko to, co sprawiało, że musiałam się postarać nie trząść kolejnym pociągiem przez kaszel, ale się postaram.
– Ty, słuchaj, a ten Marek to już jest po operacji tej prostaty?
– Nie wiem, chyba tak, a co? W zeszły weekend miał.
– Aaa, nieee, to na pewno jest, przecież oni po takiej operacji to chyba tylko dzień trzymają teraz. Dzwoń do niego.
– Halo? Marek? Jak tam zdrówko?
– Nooo dobrze, niedługo wracam do pracy, jestem już tydzień po zabiegu, ale po samej operacji miałem mega problemy jelitowe, bo mnie tym, robotem, davinchim operowali, mówię wam, co przeżyłem…
– Rany boskie! Rany boskie!
– A jaki miałeś wskaźnik Psa?
– 7.
– Ahaaa, słuchaj, kończymy, bo tu zasięg rwie, zdrówka, trzymaj się.
– Ty! No to chyba coś jest nie tak! Ja Psa mam 10 i nie kładę się na stół. Normalnie sikam, pierdolę się i wszystko…
– Słuchaj, a masz coś do jedzenia? Jakiś tam kawałek jedzenia, muszę coś do mordy włożyć, bo potem jak będziemy na molo to się urżniemy, przedtem kupimy wódkę i popitę.
– No mam, golonka, jajka, kurczak ala devolaille.
– Aaaa wszystko jedno, muszę coś hapnąć, te jajka to mi zostaw, o drugiej w nocy muszę coś jeść. A nie ma tu wagonu restauracyjnego?
– Nie wiem, chyba jest.
– Szanowni państwo, informujemy, że na odcinku Warszawa – Ciechanów, będzie można skorzystać z usługi gastronomicznej mini bar.
– Aaaa, widzisz, nooo, to jak ten wózek pojedzie to na pewno powiedzą o tym wagonie restauracyjnym. A koniecznie, koniecznie powiedz Markowi, że wynająłem grand hotel w Sopocie i nie dziadowałem. Wiesz, bo ja strasznie nie lubię dziadowania. Jestem sędzią i bardzo zamożnym człowiekiem rozumiesz…Ten mój przyjaciel rozumiesz ze studiów wieloletni ma żonę. Oboje chorzy na kręgosłup, ona na kolanach podłogę myje, sprząta, rozumiesz, no nie wiem! Sprzedaliby ten obraz Matejki to by mieli na ostatnie dostatnie i godne życie. Wszystko kupują po przecenach, jakieś kurwa resztki jedzeniowe wręcz, no nie to co ja, koło mnie jest sklep, delikatesy mięsne. Chuj, trochę drogo, ale w dupie to w sumie mam, stać mnie. No i wiesz, jeszcze ci powiem o takiej mojej znajomej, z kolei ona jest tak pazerna na pieniądze, nie chce testamentu spisać, ma kochanka, zabiera ją teraz na maltę, cholera wie…Może chce się dobrać do jej własności. Ja mu mówiłem, żeby ją przycisnął, ale cooo ty, jej się nie da. Może on na tej malcie coś jej zrobi.
– Eee, to lepiej niech na Kostarykę polecą jakby miał jej coś zrobić, tam to normalne jest.
– Ooooo staaaary! Pooo co latać za granicę, przydusić babę poduszką, budzik trochę cofnąć, zadzwonić na pogotowie i już! A najlepiej to w styczniu okno otworzyć i gotowe! Śmierć przez zapalenie płuc. Jeszcze słuchaj miałem taką sytuację, że dwaj moi znajomi lekarze, mieli syna, co mieszkał za granicą, bardzo bogaty też był. Ten lekarz zmarł, a żona się załamała, z nerwów raka płuc dostała i w pół roku się zawinęła rozumiesz. A mieli tam takiego kolegę ich syna, co go traktowali jak przybranego syna, on po ich śmierci się tym domem opiekował, klucze miał i dzwoni do mnie pewnego dnia taki roztrzęsiony, że co on ma zrobić, bo tam w sejfie tyle pieniędzy i kosztowności, a on nie wie, czy rodzony syn o tym wie, on by to wziął, ale się boi. No to mówię mu, kurwa, żeby sobie ten spadek zawłaszczył, nie wiem na co czeka, kazałem mu wziąć wór, spakować to wszystko i spierdalać, no i wyobraź sobie, posłuchał mnie. Dzięki temu zamienił mieszkanie z 36 metrów na 56.

Sama już nie pamiętam co to za kocopoły pan sędzia opowiadał jeszcze, ale głównie to on właśnie rozmawiał, ten drugi pan mu tylko przytakiwał. W międzyczasie otworzyli smaczne piwko i zagryzali golonkę, narzekali na to, że pociąg się wlecze, wywnioskowałam z ich rozmowy, że sędzia miał coś koło miliona, czy mniej na koncie, zresztą bardzo głośno o tym mówił, więc nie wiem czemu nie pojechali pendolino xd. W każdym razie narobiło mnie się w pliku sześć stron i zakańczam ten przydługi wpis, po tak długiej nieobecności, idę brać leki i do kąpieli. Moim towarzyszom z Łodzi dzięki za fajnych kilka dni i następnym razem lepiej to obmyślimy, jeszcze nie jeden koncert/kabaret/kino/wyjście do parku przed nami.

Kategorie
Inne

nie mam już sił.

Utwór wygenerowany przez AI na potrzeby popmundo.

Kategorie
Inne

Jeszcze jestem – Piosenka o starości

Utwór wygenerowany przez AI, tekst napisany przeze mnie.

Kategorie
Inne

Inlove

Utwór wygenerowany za pomocą Ai, tekst napisany przeze mnie.

Kategorie
Inne

Walc Miłosny

Utwór wygenerowany przez AI

Kategorie
Inne

Tantryczne tango.

Utwór jak zwykle wygenerowany przez AI, ale napisany przeze mnie, na potrzeby popmundo i tzw…Rollplay…Pięknie to pan zaśpiewał…

Kategorie
Ulubione utwory i ukochane covery Wpisy tekstowe

Wpadło mnie w ucho 3

O tym chciałam sobie zrobić dłuższy przemyśleniowy wpis, ale po trzech dniach sprzątalnicta, gotowalnictwa, zatokowego męczennictwa, no nie rozwinę się zbytnio. Jednak to trzecie, co mnie przyciągnęło jakąś harmoniką, ulubioną tonacją i bądź co bądź wokalem, to już kompletnie, denaturalnie nie mój styl muzyki, ale zapoznałam się z całą twórczością Oli i z wywiadami poza twórczością też…Ciężko by mi było się wypowiedzieć co sądzę o jej tekstach, ale muzyka i jej wokal do mnie trafia, tylko nadal bardzo, bardzo żal mi, że mając takie wykształcenie muzyczne, nie próbuje się sprawdzić w innym gatunku muzycznym.

Kategorie
Ulubione utwory i ukochane covery Wpisy tekstowe

Wpadło mnie w ucho 2

Lubię takie molowe, molowiuchne, molowiuchniuchniusieńkie, nawet bardziej i nie mam pojęcia od jakich harmonicznych, tonacji, wokali zależy, że akurat to mnie się spodoba i zlonduje na playliście, ale to oznacza tylko tyle, nigdy nie mów nigdy i nigdy nie mów, że kogoś nie lubisz za wokal, za plecy po których się wspiął na muzyczną scenę.

Kategorie
Ulubione utwory i ukochane covery Wpisy tekstowe

Wpadło mnie w ucho :D

Proszą i proszą o nowy wpis, ale na razie ni ma, bo ni ma, możliwe, że nadejdzie. No więc w przerwie od wpisowania, kiedy to postanoiłam sobie zapalić zatoki, czy tam coś, tak mnie wchodził alan walker po ibupromie zatoki, tak, że nie wiem czemu, wszak to nie do końca coś, co lubię, ale poleciało to i nie tylko to, ale to było faaaajne. Tak mnie się, z jesienią, z tym ciepłym i pachnącym, wysprzątanym domeczkiem, tak mnie się…O tak!

Kategorie
Wpisy tekstowe

Co tam u nas.

Na początek, coś miłego, smacznego pewnie nie dla każdego, bo mój mężuś zje, ale żeby znowu to był cud i miód dla niego, to nie.
Szpinaczek podsmażyć z czosneczkiem na masełku, do tego pieczareczka, sos najlepiej cztery sery…Iiiiiii, można to wspaniale wymieszać z uprzednio ugotowanym makaronem. Ja nie wiem co jest, może to włoskie korzenie jakieś, może to, że makaron robi się szybko, łatwo, przyjemnie i smacznie na wszelakie sposoby, to w naszym domu króluje bardzo często. Makaron z kurczakiem w sosie, makaron z mięskiem mielonym w sosie bolońskim, makaron z piersią indyka w sosie, pomidorowa z makaronem, rosół z makaronem…No czasem z ryżem te drugie dania robimy. Zdarza się pieczony kurczaczek z frytkami, ziemniaczkami, lub kulkami ziemniaczanymi i surówkami. W sumie tak sobie myślę, że jeszcze rok temu to chciałam być bohaterem w kuchni i robić to, co u mnie w domu gotowano, bo mi się wydawało, nie wiedzieć czemu mi się tak wydawało, wszak stan umysłu nie jest określony żadnym stopniem warunkującym do pobierania większych świadczeń z tego tytułu…No ale co ja tam…Aaaa, no więc wydawało mi się, że tak powinno być, że też będę robić te wszystkie placki ziemniaczane, dewolaje, zrazy, naleśniki, bigosy na krótko, na długo, na kwaśno, na słodko itd…Itd…Jak pewnego dnia tak się zastanowiłam nad tym co my sobie serwujemy, że głównie te makarony, głównie mielone, schabowe, w odmianie kotlety z piersi, albo z indyka, albo przeróżne zupy, zależy co lodówka z siebie wypluje, to myślę sobie…Kurde, no my nie widzimy, a to jest inaczejTak widzący mówią przy różnych okazjach, :D……No nie, no nie da się ukryć, jest inaczej. Jest trudniej, jest bardziej demotywująco do pewnych spraw, bo wszystko się zawsze upierwszomajuje i nie wiadomo co gorsze w tym wszystkim, sprzątanie, robienie, a pięć minut jedzenia, no i weź tu rób te wszystkie zapostanowione dewolaje, zrazy, o, albo nie daj boże gołąbki. No trochę to przez lenistwo chyba, to prawda, gotowanie spoko, lubię, ale chyba, jak po roku doszłam do wniosku, nie do tego stopnia, żeby na siłę upodabniać się z pichceniem do domowych rozmaitości. Z resztą, mamuśka by nie wytrzymała, jakby nam czegoś smacznego nie dała od czasa do czasa, a nie powiem, że chętnie z tego nie korzystam, bo cosik się w portfelu na wyższe cele mieszkaniowe odkłada. Doszłam do wniosku, że w zasadzie, jeśli nam taki jadłospis odpowiada, kłak czy wełna, byle dupa była pełna i jeśli dodać do tego jeszcze inne różne pomniejsze rozmaitości robione od czasu do czasu pod Wspólne małżeńskie imprezki, czy na okazyjne wizyty gości, o, albo pyszne tosty, tosty francuskie, sałatki i pyszne koktajle owocowe…Albo zdrowe, wiosenne jak się na nie mawiało u mnie w domu kanapki z jajkiem, ogórkiem, pomidorem, rzodkiewką, szczypiorkiem…To jak dla mnie jest dobrze. Mnie pasuje, chociaż wcale nie mówię nie, jeśli w nowym mieszkaniu będzie kuchnia jako osobne pomieszczenie, a zakładam, że na pewno tak będzie, no to bardzo możliwe, że do eksperymentów większa przestrzeń będzie bardzo zachęcać. Gulasz, placki ziemniaczane, babka ziemniaczana czy inne zapiekanki makaronowe i nie tylko też nie sprawiają problemu ze zrobieniem…Jadłospis większości w tym domostwie ograniczony jest tym, że jegomość mąż, to nie lubię, to jest bleee, to gotowane to nieee!Ale to już kiedyś pisałam. O, a co do zup, to nawet na mięsie, niewielkim skrzydełku się gotują, bo nabraliśmy przekonania, że jednak smakuje ciut lepiej, a i z warzywami do tej zupy to weź nie przesadzaj, bo ja potem nie będę tej marchewki i tego innego tałatajstwa jadł. Surowe to tak, gotowane to nigdy w życiu. Czyli, jednym zdaniem, zakańczając ten akapicior, jest jak jest, mi pasuje i nie będę gotować jak mama. 😛

Zaczynam się łapać na tym, że jak odwiedzam różne domy, to w zależności od ich czystości po powrocie do domu mówię sobie, w tej jedynej kategorii: Jesteś Super! 😀 No nie mogę się po prostu powstrzymać, odwiedzając domy mojej rodzinki, żeby sobie oblookać płytki na ścianach w łazience, albo stan zabrudzenia zewnętrznej części toalety…W większości nikt nie zdaje mojego egzaminu nawet w 50%, dlatego uwielbiam te wizyty, żeby potem wrócić do domu, zaciągnąć się świeżym, pachnącym czystością powietrzem, a następnego dnia zabrać się za robotę. Wiecie jak to jest, to tak jak z wszami, jak o nich mówisz, to zaraz głowa swędzi. Chociaż, ostatnio się poprawiłam trochę, żeby w tą sprzątalniczą paranojkę zanadto nie popadać, udaje mi się zminimalizować czynności te do jednego, dwóch razy w tygodniu, ale to tylko jak idzie o odkurzanie i mycie podłogi.

Jak to z lekarzami jest, wszyscy wiedzą, lekarze są albo po to żeby być, albo są, bo czują, kochają to co robią. Jak na razie na moim przykładzie z wpisów jaskrowych wiadomo, że oprócz ostatniej pani doktor, to reszta zalicza się raczej do kategorii są, bo są. Ostatnio też głośno było o tym, że bardzo młody chłopak przyszedł na SOR z silnym bólem głowy, ale w zasadzie to nawet go nie przebadali, wypuścili do domu, dali jakieś leki przeciwbólowe, a kilka godzin potem już hłopa nie było, pewnie wiele jest takich historii. Daleko nie szukać, znam pewnego człowieka, całkiem jeszcze młodego, co to zgłaszał objawy kardiologiczne wiele razy i były bagatelizowane. Miał założonego holtera, z którego również nie wyszło nic nadzwyczajnego, no więc ów człowiek dostał polecenie, żeby iść do diabła i na rower się męczyć, bo zdrowy jak byk. Jednak pewnego dnia, kiedy serducho szalało niebotycznie przez trzydzieści minut i sam wezwał sobie karetkę stwierdzono, że wskazówka się urywa! Jak to możliwe, przecież to taki młody człowiek, co to się robi z tym światem, żeby takie poważne problemy z sercem młodzi zaczynali mieć. Nooooo i potem wyszło, potas baaaaaardzo niski, leki na stałę zapisane, a potem ów człowiek wrócił do kardiologa, który go wcześniej zbagatelizował. Pan doktor zdziwiony, jakto się mogło stać, o co chodzi, dlaczego pan nic nie mówił. Nic dziwnego, że kiedy ów człowiek zmienił sobie lekarza w nowym mieście zamieszkania, to dzień przed, zaczął zmagać się z tymi samymi lękami, a jak nie wysłucha, a jak odeśle do diabła, a jeśli coś mi jest…Żona ów człowieka również się nakręca i podkręca i dokręca, w konsekwencji rozmyśla w nocy, że może on ma rację i co będzie jak ją ma? No nic, no poszukamy innego lekarza, aż do skutku, w końcu tyle ich na świecie, nie ma co się martwić, nieeeee ma co się martwić za wczasu, po ewentualnej diagnozie to ok, o ile by była zła. A teraz spać! Spać do cholery! A tu snu ni cholery. Z samego rana ów człowieczyna wraz żoną prześcigują się znerwicowani do łazienki i z powrotem, no lekarz dopiero na dwunastą, ale lepiej wszystko wyjąć i przygotować za wczasu. Łap za teczkę z dokumentacją od kardiologa, no i lecim! Człowiek w swoją stronę, żona w swoją. Umawiają się tylko na telefon po wszystkim. Uchhhh, co to był za telefon, nigdy w życiu nie powtarzajcie błędów z końca tej historii.
– Czy ty wiesz co ty mi za teczkę dałaś?
– Normalną, na gumkę, a co z nią.
– No ale co było w środku?
– No to co miało być, czy nie?
– Taaaaa! Dokumentacja od routera asus i orzeczenia o niepełnosprawności. Pan doktor uprzejmie i z uśmiechem stwierdził, cytuję: "No, z tych dokumentów od routera asus to niewiele się o pana serduchu dowiem, hehehehehe".
– Jeeeezus Maria maaaatko booosssska coooooo zaaaa wstyyyyyd! Boooże kochaaaany i cooo teeeraaaaz?
– No nic, powiedział, że nie takie rzeczy widzącym się zdarzają, żeby donieść dokumenty następnym razem, już mi dał skierowanie na badania. Bardzo się zdziwił, że lekarz poprzedni diagnozował dolegliwości, wysłuchał, powiedział, że zbadać trzeba, choćby miało nic nie wyjść złego, wypytał o inne choroby i dolegliwości.
– Następnym razem cztery razy przeskanuję czym się da i się upewnię, czy na pewno nie pomyliłam teczek…
Tak się to kończy, taaak się to kończy. U mnie stres właśnie tak działa, czegoś nie sprawdzę, o czymś zapomnę, na przykład o dowodzie i legitymacji na przejazdy w połowie drogi na dworzec.🤣

Wizyta u ginekologa też nie należała do nieprzyjemnych, o ile można to tak nazwać, lekarz bardzo miły i uprzejmy. Za to pielęgniarka położna, niby miła, niby chciała nas wszystkie tam zgromadzone odstresować, ale jak robi to raz w osobie trzeciej, raz po nazwisku, raz po imieniu, a podczas zwracania się do mnie patrzy na osobę mi asystującą…Straszne to jest, bo ostatnio w wielu miejscach się na to natykam i nie tylko w urzędach. O ile znajomym mojej mamy, na pytanie, ile córcia ma lat odpowiadam, że córcia ma na imię Kasia i umie mówić sama za siebie, tak w urzędach trochę trudno mi z tym walczyć, a ciśnienie mi rośnie, mało nie wystrzelę, ale jeszcze nie umiem. O, albo w sklepie, stoję przy kasie i pani pyta dziś, czyj towar kasuję? Noż kurwa, mój towar, był oddzielony tym plastikowym gównem! Mówię, że będzie płatność kartą. Pytam trzy razy gdzie ten terminal, mów do słupa, słup jak dupa, aż się ktoś zlitował i mi pomógł z kolejki ten terminal znaleźć. No i niby to jest takie fajne, że mieszkasz sam, to idziesz do sklepu, ale w tym sklepie i tak ktoś ci musi pomóc, więc coraz częściej myślę, że niepełnosprawność wzrokowa, choćby skały srały, jest naprawdę, kurwa, specyficzna! I też już sobie zdaję sprawę, że nie da się być super hero! Nie na wszystkich polach. Warto dążyć do tego, żeby tej pomocy oka potrzebować jak najmniej, żeby się też nie uwsteczniać, skoro się wypełzło z tego domu, ale czasami trzeba się poddać, po prostu poddać! Żyję rok w związku dwóch niewidomych. Duma mnie rozpiera z tego co już umiemy, szał macicy na ulicy mnie dopada przez to, ile jeszcze nie potrafimy, ile byśmy chcieli, ale w większości jest to jeszcze warunkowane po pierwsze, słabą infrastrukturą miasta, po drugie, brakiem pomocy ze strony jakichkolwiek organizacji, po trzecie, średnim/znikomym wsparciem ze strony bliskich zamieszkujących to miasto. To tak zawsze jest, jak ci się wydaje, że w zasadzie wszystko jest dobrze, to ktoś cię jednak musi strącić na ziemię. Najpierw to jest jedna sprawa, niby trochę błacha, a trochę nie, bo jednak pokazuje, jak twoi najbliżsi podchodzą i podchodzili do twojej niepełnosprawności i tak naprawdę oprócz tego, że trzeba cię poinformować o przeszkodach, o tym, że jedzenie stoi przed tobą, albo że masz dwie inne skarpetki dzisiaj i jakąś plamę na bluzce. Jak pada zajebisty deszcz, wieje wiatr, że balkon podrywa, a my spieramy się, dlaczego nie możemy przyjść dzisiaj na obiad? Ktoś przyjdzie i pójdziemy za kimś, z laskami, z parasolkami i w kapturach na głowie, nie zmokniemy, ani się też nie zgubimy, bo pójdziemy za kimś. A podczas innej rozmowy zadziwiającym faktem jest, jakim cudem nie przejdziemy z pokoju do łazienki, gdyby nam zatkać uszy, przecież znamy dom na pamięć, bo go nie widzimy. O, albo na przykład, co to za problem kupić pralkę, czy inny sprzęt dotykowy, wszystko idzie odpowiednio okleić. Spróbuj cierpliwie poedukować, potłumaczyć, to się dowiesz, że jak zwykle wszystko wiesz najlepiej i się wymądrzasz. No więc od kilku tygodni tak się zderzamy boleśnie z ziemią i dochodzimy do wniosku, że na dłuższą metę, niewiele da się już więcej zrobić z tymi ludźmi, w tym mieście…Pewnie podświadomie wiedzieliśmy to od początku, ale człowiek to chyba tak ma, że liczy na to, że może coś się zmieni, jak ty dasz z siebie wszystko…No, prawie wszystko. No ale skoro nic, za dużo jest jeszcze dziur w układance zwanej samodzielność, często w różnych sprawach z tyłu głowy siedzi, że jeszcze można na kimś polegać, więc może nie trzeba aż tak wszystko samemu? Albo inaczej, chciałoby się więcej łazić, ale zbyt daleko zapierdzielać pieszo, chyba nie dam rady ogarnąć w głowie jakkolwiek dwukilometrowej trasy…Może dam, kwestia samozaparcia, a w nawigację to bardziej mężuś potrafi. Autobusy tutaj, to drama, ale to trochę potem. Taksówka rozwiązanie dobre od czasu do czasu, ale nie na stałę. a więc przyszłościowo, raczej trzeba będzie zawijać do innego portu. Szeptuchy mówią, że po co tak myśleć? Po co? Przecież oni wszyscy tu są, pomagają z tymi zakupami, z tymi lokacjami do których ciężko się dostać jeszcze samodzielnie, albo brak czasu żeby w co częściej odwiedzane miejsca przejść z nami ze dwa razy, nie szkodzi, oni tu są. Gorzej jak pomrą, pomożecie? 😀 pomagają z czymś w domu, z czym bez oka nie da rady. Po co do innego miasta? Po co? Tam będzie robił to samo ktoś inny, tylko będzie miał za to płacone, a przecież on nie będzie na każde zawołanie i o każdej porze. Nooo, oni też nie są, w większości nie zawsze, przepychają się jeden przez drugiego, tak się palą, ale nie wyprowadzajmy ich z błędu. Najgorsze, że oni są młodzi, choć starsi od nas. No i na razie to walimy wszyscy głową w mór, każde po swojej stronie, raczej go nie przebijemy i nie zderzymy się czołami. Nie ma takiego argumentu, który by przekonał, że w większych miastach niepełnosprawnym żyje się zdecydowanie lepiej, ze względu na infrastrukturę, dostęp do wielu fundacji, organizacji, za którymi idzie orientacja przestrzenna chociażby, autobusy co trzy minuty, a nie co pół godziny z szansą na zamknięcie spółki we wrześniu i z nieustającymi przekierowaniami ze względu na utrudnienia w ruchu drogowymAktywizacja zawodowa, społeczna, no kurde, jest po prostu lepiej. A skąd! Jest drożej!Ot, i tyle. Najważniejsze, że starsi to rozumieją, albo przynajmniej się starają. Rozumieją, że potrzeba pomocy w nauce wielu rzeczy jest i nie dają rady jej sprostać, ale że potrzeba ta nie jest potrzebą bynajmniej wyręczania, nie we wszystkim…Skoro starsi ogarniają, co jest z młodymi? Trochę to smutne, ale nie ma czasu na smutek, trzeba myśleć co, gdzie, jak, kiedy, rok, dwa, pięć, nie, myślę, że możliwie jak najszybciej i trzeba działać.

Do następnego.